Kocham moje dzieci nad życie, ale czasami po prostu nie mam już siły… 💔
Są takie dni, kiedy wieczorem kładę się do łóżka i zastanawiam się, dlaczego znowu tak wyszło. Dlaczego kolejny poranek, który miał być spokojny, zakończył się nerwami. Dlaczego zamiast cierpliwie tłumaczyć, podniosłam głos. I dlaczego, mimo że tak bardzo się staram, czasami mam wrażenie, że wciąż robię za mało.
Kocham moje dzieci. Całym sercem. Nie wyobrażam sobie życia bez nich. Ale coraz częściej łapię się na tym, że jestem po prostu zmęczona. Nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.
Mój dzień często zaczyna się naprawdę pięknie. Są buziaki, przytulanie, miłe słowa. Przygotowuję śniadanie, robię chłopcom śniadaniówki, staram się zadbać o wszystko, żeby mogli dobrze rozpocząć dzień. Chciałabym, żebyśmy wychodzili z domu w dobrych nastrojach. Bez pośpiechu, bez krzyków, bez niepotrzebnych nerwów.
Ale później zaczyna się codzienność.
„Idź się umyć”.
„Ubierz się, proszę”.
„Spakuj swoje rzeczy”.
„Nie mamy już tyle czasu”.
„Odłóż telefon, bo zaraz musimy wychodzić”.
Powtarzam. Proszę. Przypominam. Tłumaczę. Czasami po raz piąty, dziesiąty, a może i dwudziesty. W głowie mam już godzinę, pracę, obowiązki i wszystko to, co jeszcze muszę zrobić. Wiem, że nie możemy spóźnić się do szkoły, a ja sama muszę zdążyć do pracy.
I wtedy wystarczy drobiazg. Coś pójdzie nie tak, coś się nie spodoba, coś zdenerwuje moje dziecko. Pojawia się złość, płacz, protest, czasami krzyk. A ja, zamiast mieć w sobie nieskończone pokłady cierpliwości, również zaczynam się denerwować.
Podnoszę głos. Popędzam. Mówię rzeczy, których wcale nie chciałam mówić w taki sposób.
I w jednej chwili cały ten piękny początek dnia znika.
Najbardziej boli mnie to, że przecież ja naprawdę chcę dobrze. Nie budzę się rano z myślą, że będę na swoje dzieci krzyczeć. Nie planuję, że zabraknie mi cierpliwości. Chciałabym być mamą, która potrafi spokojnie reagować, która ma czas wysłuchać, przytulić i pomóc dziecku poradzić sobie z emocjami.
Tylko że ja też jestem człowiekiem.
Mam pracę, obowiązki, terminy, sprawy, które nie mogą poczekać. Mam w głowie tysiące myśli. Czasami jeszcze zanim przekroczę próg domu po pracy, zastanawiam się, jak minie nam reszta dnia. Czy będzie spokojnie? Czy coś wyprowadzi chłopców z równowagi? Czy uda nam się odrobić lekcje bez nerwów? Czy wieczorem będziemy mieli jeszcze siłę na zwyczajną rozmowę, zabawę i przytulenie?
A przecież chciałabym po prostu wrócić do domu i odetchnąć.
Chciałabym nie analizować każdego kolejnego kroku. Nie przewidywać, co może pójść nie tak. Nie czuć, że przez cały dzień muszę być gotowa na kolejne wyzwanie.
Wiem też, że moje dzieci nie robią wszystkiego po to, żeby mi dokuczyć. Wiem, że ich emocje bywają dla nich trudne, że czasami coś je przerasta, denerwuje albo przytłacza. Szczególnie kiedy codzienność wymaga od nich tak wiele, a one jeszcze uczą się rozumieć siebie i to, co czują.
Szymon ma swoje trudności, swoje potrzeby i momenty, w których zwykłe czynności potrafią stać się dla nas obojga ogromnym wyzwaniem. Coraz częściej widzę też, że Miłosz, choć jest inny i inaczej reaguje, również ma swoje emocje, swoje granice i swoje trudniejsze chwile.
I czasami czuję się tak, jakbym próbowała jednocześnie pomóc im wszystkim, zadbać o ich potrzeby, dopilnować codziennych obowiązków i jeszcze nie zgubić po drodze samej siebie.
Czy zawsze mi się udaje? Nie.
Czy czasami mam ochotę zamknąć się na chwilę w pokoju i po prostu pobyć sama, bez pytań, próśb i kolejnego „mamo”? Tak. I nie chcę udawać, że jest inaczej.
Bo można kochać swoje dzieci ponad wszystko i jednocześnie być zmęczoną codziennością z nimi. Można tęsknić za spokojem. Można marzyć o chwili ciszy. Można czuć złość, frustrację i bezradność, a później mieć wyrzuty sumienia, że w ogóle pozwoliło się sobie tak poczuć.
To nie znaczy, że kocha się mniej.
To znaczy, że czasami jest po prostu za dużo.
Za dużo obowiązków. Za dużo napięcia. Za dużo spraw, które trzeba załatwić na już. Za dużo emocji, które wszyscy próbujemy jakoś pomieścić, choć nie zawsze wiemy jak.
I wiecie, czego chyba najbardziej potrzebuję?
Nie kolejnej rady, żebym była bardziej cierpliwa. Nie kolejnego przypomnienia, że dzieci są dziećmi, a ja jestem dorosła. Ja naprawdę to wiem. Wiem, że to ja powinnam pomagać im regulować emocje, a nie dokładać do nich własne nerwy. Wiem, że krzyk nie rozwiązuje problemów i że po trudnym poranku warto wrócić do rozmowy, przytulić się i spróbować jeszcze raz.
Ale chciałabym też, żeby ktoś czasami zapytał, jak ja się z tym wszystkim czuję.
Żeby ktoś zauważył, że za mamą, która przypomina, pogania i pilnuje, jest również kobieta. Kobieta, która pracuje, martwi się, planuje, załatwia, pamięta o wszystkim i próbuje być dla swoich dzieci bezpieczną przystanią, nawet wtedy, kiedy sama czuje, że ledwo utrzymuje się na powierzchni.
Nie piszę tego po to, żeby usprawiedliwiać swoje krzyki. Chciałabym umieć reagować spokojniej. Chciałabym dawać chłopcom więcej cierpliwości, a sobie mniej powodów do wyrzutów sumienia. Chcę się tego uczyć, małymi krokami, każdego dnia.
Ale nie chcę już udawać, że macierzyństwo zawsze jest piękne, cierpliwe i pełne wzruszających chwil.
Bo czasami jest chaotyczne. Głośne. Męczące. Czasami płaczesz z bezsilności, kiedy dzieci już śpią. Czasami przepraszasz za podniesiony głos i obiecujesz sobie, że jutro będzie inaczej. A następnego dnia znowu próbujesz, choć nie zawsze wszystko wychodzi tak, jak sobie wymarzyłaś.
I może właśnie od tego trzeba zacząć. Nie od bycia idealną mamą, ale od zauważenia, że również my, mamy, potrzebujemy wsparcia. Że nie musimy wszystkiego dźwigać same. Że możemy kochać nasze dzieci najmocniej na świecie i jednocześnie przyznać, że czasami jest nam trudno.
Nie chcę, żeby moi chłopcy zapamiętali wyłącznie moje nerwy i pośpiech. Chcę, żeby wiedzieli, że nawet kiedy popełniamy błędy, możemy o nich rozmawiać. Możemy przepraszać. Możemy naprawiać to, co się nie udało. I możemy spróbować jeszcze raz.
Bo ja też się uczę. Uczę się być mamą dwóch różnych chłopców, z których każdy potrzebuje czegoś innego. Uczę się rozpoznawać ich emocje, ale też własne granice. Uczę się, że nie wszystko musi być zrobione natychmiast i że czasami warto odpuścić, zanim wszyscy stracimy cierpliwość.
Nie wiem, czy jutro będzie idealnie. Pewnie nie. Być może znowu będę przypominać o myciu, ubieraniu i pakowaniu plecaków. Być może znowu zabraknie nam czasu. Ale chciałabym pamiętać, że za każdym trudnym zachowaniem jest dziecko, które czegoś potrzebuje. I że za każdą mamą, której puszczają nerwy, może stać człowiek, który od dawna potrzebuje chwili wytchnienia.
Kocham moje dzieci nad życie. Ale ja też jestem tylko człowiekiem. I czasami naprawdę potrzebuję, żeby ktoś o tym pamiętał. ❤️
A jeśli Ty również masz czasami takie dni, chcę Ci powiedzieć jedno: nie jesteś jedyną mamą, która tak się czuje. Nie musisz udawać, że zawsze dajesz radę. Możesz szukać pomocy, odpoczywać, stawiać granice i uczyć się reagować inaczej. Nie musisz być idealna, żeby być dla swojego dziecka ważną i kochającą mamą.
A Ty? Zdarza Ci się wieczorem obiecywać sobie, że jutro będziesz miała więcej cierpliwości? Czy też czasami czujesz, że kochasz najmocniej na świecie, ale zwyczajnie brakuje Ci już sił? ❤️
Jeśli masz ochotę, napisz. Bez oceniania. Bez udawania. Po prostu szczerze.
Kocham moje dzieci. Całym sercem. Nie wyobrażam sobie życia bez nich. Ale coraz częściej łapię się na tym, że jestem po prostu zmęczona. Nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.
Mój dzień często zaczyna się naprawdę pięknie. Są buziaki, przytulanie, miłe słowa. Przygotowuję śniadanie, robię chłopcom śniadaniówki, staram się zadbać o wszystko, żeby mogli dobrze rozpocząć dzień. Chciałabym, żebyśmy wychodzili z domu w dobrych nastrojach. Bez pośpiechu, bez krzyków, bez niepotrzebnych nerwów.
Ale później zaczyna się codzienność.
„Idź się umyć”.
„Ubierz się, proszę”.
„Spakuj swoje rzeczy”.
„Nie mamy już tyle czasu”.
„Odłóż telefon, bo zaraz musimy wychodzić”.
Powtarzam. Proszę. Przypominam. Tłumaczę. Czasami po raz piąty, dziesiąty, a może i dwudziesty. W głowie mam już godzinę, pracę, obowiązki i wszystko to, co jeszcze muszę zrobić. Wiem, że nie możemy spóźnić się do szkoły, a ja sama muszę zdążyć do pracy.
I wtedy wystarczy drobiazg. Coś pójdzie nie tak, coś się nie spodoba, coś zdenerwuje moje dziecko. Pojawia się złość, płacz, protest, czasami krzyk. A ja, zamiast mieć w sobie nieskończone pokłady cierpliwości, również zaczynam się denerwować.
Podnoszę głos. Popędzam. Mówię rzeczy, których wcale nie chciałam mówić w taki sposób.
I w jednej chwili cały ten piękny początek dnia znika.
Najbardziej boli mnie to, że przecież ja naprawdę chcę dobrze. Nie budzę się rano z myślą, że będę na swoje dzieci krzyczeć. Nie planuję, że zabraknie mi cierpliwości. Chciałabym być mamą, która potrafi spokojnie reagować, która ma czas wysłuchać, przytulić i pomóc dziecku poradzić sobie z emocjami.
Tylko że ja też jestem człowiekiem.
Mam pracę, obowiązki, terminy, sprawy, które nie mogą poczekać. Mam w głowie tysiące myśli. Czasami jeszcze zanim przekroczę próg domu po pracy, zastanawiam się, jak minie nam reszta dnia. Czy będzie spokojnie? Czy coś wyprowadzi chłopców z równowagi? Czy uda nam się odrobić lekcje bez nerwów? Czy wieczorem będziemy mieli jeszcze siłę na zwyczajną rozmowę, zabawę i przytulenie?
A przecież chciałabym po prostu wrócić do domu i odetchnąć.
Chciałabym nie analizować każdego kolejnego kroku. Nie przewidywać, co może pójść nie tak. Nie czuć, że przez cały dzień muszę być gotowa na kolejne wyzwanie.
Wiem też, że moje dzieci nie robią wszystkiego po to, żeby mi dokuczyć. Wiem, że ich emocje bywają dla nich trudne, że czasami coś je przerasta, denerwuje albo przytłacza. Szczególnie kiedy codzienność wymaga od nich tak wiele, a one jeszcze uczą się rozumieć siebie i to, co czują.
Szymon ma swoje trudności, swoje potrzeby i momenty, w których zwykłe czynności potrafią stać się dla nas obojga ogromnym wyzwaniem. Coraz częściej widzę też, że Miłosz, choć jest inny i inaczej reaguje, również ma swoje emocje, swoje granice i swoje trudniejsze chwile.
I czasami czuję się tak, jakbym próbowała jednocześnie pomóc im wszystkim, zadbać o ich potrzeby, dopilnować codziennych obowiązków i jeszcze nie zgubić po drodze samej siebie.
Czy zawsze mi się udaje? Nie.
Czy czasami mam ochotę zamknąć się na chwilę w pokoju i po prostu pobyć sama, bez pytań, próśb i kolejnego „mamo”? Tak. I nie chcę udawać, że jest inaczej.
Bo można kochać swoje dzieci ponad wszystko i jednocześnie być zmęczoną codziennością z nimi. Można tęsknić za spokojem. Można marzyć o chwili ciszy. Można czuć złość, frustrację i bezradność, a później mieć wyrzuty sumienia, że w ogóle pozwoliło się sobie tak poczuć.
To nie znaczy, że kocha się mniej.
To znaczy, że czasami jest po prostu za dużo.
Za dużo obowiązków. Za dużo napięcia. Za dużo spraw, które trzeba załatwić na już. Za dużo emocji, które wszyscy próbujemy jakoś pomieścić, choć nie zawsze wiemy jak.
I wiecie, czego chyba najbardziej potrzebuję?
Nie kolejnej rady, żebym była bardziej cierpliwa. Nie kolejnego przypomnienia, że dzieci są dziećmi, a ja jestem dorosła. Ja naprawdę to wiem. Wiem, że to ja powinnam pomagać im regulować emocje, a nie dokładać do nich własne nerwy. Wiem, że krzyk nie rozwiązuje problemów i że po trudnym poranku warto wrócić do rozmowy, przytulić się i spróbować jeszcze raz.
Ale chciałabym też, żeby ktoś czasami zapytał, jak ja się z tym wszystkim czuję.
Żeby ktoś zauważył, że za mamą, która przypomina, pogania i pilnuje, jest również kobieta. Kobieta, która pracuje, martwi się, planuje, załatwia, pamięta o wszystkim i próbuje być dla swoich dzieci bezpieczną przystanią, nawet wtedy, kiedy sama czuje, że ledwo utrzymuje się na powierzchni.
Nie piszę tego po to, żeby usprawiedliwiać swoje krzyki. Chciałabym umieć reagować spokojniej. Chciałabym dawać chłopcom więcej cierpliwości, a sobie mniej powodów do wyrzutów sumienia. Chcę się tego uczyć, małymi krokami, każdego dnia.
Ale nie chcę już udawać, że macierzyństwo zawsze jest piękne, cierpliwe i pełne wzruszających chwil.
Bo czasami jest chaotyczne. Głośne. Męczące. Czasami płaczesz z bezsilności, kiedy dzieci już śpią. Czasami przepraszasz za podniesiony głos i obiecujesz sobie, że jutro będzie inaczej. A następnego dnia znowu próbujesz, choć nie zawsze wszystko wychodzi tak, jak sobie wymarzyłaś.
I może właśnie od tego trzeba zacząć. Nie od bycia idealną mamą, ale od zauważenia, że również my, mamy, potrzebujemy wsparcia. Że nie musimy wszystkiego dźwigać same. Że możemy kochać nasze dzieci najmocniej na świecie i jednocześnie przyznać, że czasami jest nam trudno.
Nie chcę, żeby moi chłopcy zapamiętali wyłącznie moje nerwy i pośpiech. Chcę, żeby wiedzieli, że nawet kiedy popełniamy błędy, możemy o nich rozmawiać. Możemy przepraszać. Możemy naprawiać to, co się nie udało. I możemy spróbować jeszcze raz.
Bo ja też się uczę. Uczę się być mamą dwóch różnych chłopców, z których każdy potrzebuje czegoś innego. Uczę się rozpoznawać ich emocje, ale też własne granice. Uczę się, że nie wszystko musi być zrobione natychmiast i że czasami warto odpuścić, zanim wszyscy stracimy cierpliwość.
Nie wiem, czy jutro będzie idealnie. Pewnie nie. Być może znowu będę przypominać o myciu, ubieraniu i pakowaniu plecaków. Być może znowu zabraknie nam czasu. Ale chciałabym pamiętać, że za każdym trudnym zachowaniem jest dziecko, które czegoś potrzebuje. I że za każdą mamą, której puszczają nerwy, może stać człowiek, który od dawna potrzebuje chwili wytchnienia.
Kocham moje dzieci nad życie. Ale ja też jestem tylko człowiekiem. I czasami naprawdę potrzebuję, żeby ktoś o tym pamiętał. ❤️
A jeśli Ty również masz czasami takie dni, chcę Ci powiedzieć jedno: nie jesteś jedyną mamą, która tak się czuje. Nie musisz udawać, że zawsze dajesz radę. Możesz szukać pomocy, odpoczywać, stawiać granice i uczyć się reagować inaczej. Nie musisz być idealna, żeby być dla swojego dziecka ważną i kochającą mamą.
A Ty? Zdarza Ci się wieczorem obiecywać sobie, że jutro będziesz miała więcej cierpliwości? Czy też czasami czujesz, że kochasz najmocniej na świecie, ale zwyczajnie brakuje Ci już sił? ❤️
Jeśli masz ochotę, napisz. Bez oceniania. Bez udawania. Po prostu szczerze.

Komentarze
Prześlij komentarz
💗 Miło mi, że tu jesteś! Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie kilka słów. Chętnie poznam Twoje zdanie, przemyślenia i doświadczenia. Rozmawiajmy ze sobą z życzliwością i szacunkiem, nawet jeśli różnimy się w swoich opiniach. 🥰