Pamięć nie kończy się na zapaleniu znicza. Dlaczego uczę moje dzieci pamiętać o tych, którzy odeszli?🕯️

 


Są takie dni w roku, które sprawiają, że choć na chwilę zwalniamy. Odkładamy codzienne obowiązki, przestajemy gdzieś pędzić i zaczynamy myśleć o tym, co naprawdę ważne. O rodzinie, wspomnieniach, przemijaniu i ludziach, których nie ma już obok nas.

Dla mnie jednym z takich dni jest 1 listopada.

Nie chodzi tylko o pięknie przystrojone groby, kolorowe chryzantemy czy tysiące migoczących zniczy. Choć nie ukrywam, że wieczorny widok rozświetlonych cmentarzy zawsze robi na mnie ogromne wrażenie.

Chodzi przede wszystkim o pamięć. O tę niewidzialną więź, która pozostaje nawet wtedy, gdy kogoś już z nami nie ma.

A odkąd jestem mamą, coraz częściej zastanawiam się również nad tym, jak przekazać tę pamięć moim dzieciom.

Mamo, a dlaczego zapalamy znicze?

Dzieci patrzą na świat zupełnie inaczej niż my, dorośli.

Dla nich cmentarz może być miejscem pełnym światełek, kwiatów i pomników. Mogą zachwycać się kolorowymi zniczami, zadawać mnóstwo pytań albo zwyczajnie nie rozumieć, dlaczego tego dnia jesteśmy bardziej zamyśleni niż zwykle.

I właśnie dlatego uważam, że tak ważna jest rozmowa.

Nie chcę, żeby moi chłopcy kojarzyli 1 listopada wyłącznie z obowiązkiem odwiedzenia grobów. Nie chcę, żeby w przyszłości zapalali znicze tylko dlatego, że tak wypada albo że taka jest tradycja.

Chciałabym, żeby rozumieli, że za każdym imieniem wyrytym na nagrobku kryje się czyjeś życie. Czyjaś historia. Marzenia, radości, troski i ludzie, którzy kochali i byli kochani.

Że nasi bliscy, choć odeszli, nadal są częścią naszej rodziny i naszej historii.

Nasz 1 listopada — małe gesty, wielkie znaczenie ❤️

W tym roku, podobnie jak wcześniej, wybraliśmy się z Szymonem i Miłoszem odwiedzić groby naszych bliskich. Towarzyszyli nam również babcia Beata, ciocia Ania i wujek Michał.

Odwiedziliśmy dwa rodzinne groby. W jednym spoczywają mój dziadek Feliks, ciocia Iza i wujek Jacek. W drugim mój tata Ryszard, babcia Krystyna oraz wujek Marek. 





Każde z tych miejsc kryje w sobie inną historię. Historię ludzi, którzy byli częścią naszej rodziny, a których dziś możemy wspominać, odwiedzając ich groby i zapalając symboliczne światełko.

Moi chłopcy nie mieli okazji poznać większości osób, których groby odwiedzamy. Wyjątkiem jest wujek Jacek, który zmarł w 2020 roku. Szymon miał wtedy cztery lata, a Miłosz zaledwie dwa. Wujek zdążył ich poznać, choć trudno mi dziś powiedzieć, czy chłopcy zachowali z tamtego czasu jakiekolwiek wspomnienia.

Babcia Krystyna odeszła w 2019 roku. Chociaż chłopcy byli już wtedy na świecie, nigdy nie mieli okazji się z nią spotkać.

A jednak, mimo upływu lat, bardzo chętnie odwiedzają rodzinne groby. Czasami zadają pytania, szczególnie o mojego tatę Ryszarda i dziadka Feliksa.

I właśnie te chwile są dla mnie wyjątkowe.

Bo uświadamiają mi, że pamięć o bliskich nie zawsze zaczyna się od własnych wspomnień. Czasami rodzi się z opowieści innych.

Nie mają wspólnych wspomnień z większością tych osób, nie pamiętają ich głosów ani uśmiechów. Ale dzięki naszym rozmowom mogą dowiedzieć się, kim byli, jakie miejsce zajmowali w naszej rodzinie i dlaczego wciąż o nich pamiętamy.

Czasami zastanawiam się, jak wyglądałyby ich relacje, gdyby los pozwolił im się poznać. Czy mój tata rozpieszczałby swoich wnuków? Czy mój dziadek Feliks opowiadałby im historie ze swojego życia? Czy razem śmialiby się przy rodzinnym stole?

Tego już nigdy się nie dowiemy.

Ale mogę zrobić coś innego. Mogę sprawić, że nie będą dla moich dzieci wyłącznie imionami zapisanymi na nagrobkach.

I to jest dla mnie niezwykle ważne. ❤️

Wieczorny spacer wśród tysięcy światełek 🕯️

Tego samego dnia, wieczorem, wybraliśmy się z chłopcami jeszcze na cmentarz.

Chcieliśmy pospacerować wśród rozświetlonych alejek, zatrzymać się na chwilę i po prostu poczuć tę niezwykłą atmosferę, która towarzyszy temu miejscu 1 listopada.

Tysiące małych płomieni rozświetlały ciemność, tworząc widok, obok którego trudno przejść obojętnie.

Zatrzymaliśmy się również przy grobach nieznanych żołnierzy, aby zapalić znicze i poświęcić chwilę pamięci tym, których osobiście nie znaliśmy.

Bo przecież pamięć i szacunek nie powinny kończyć się wyłącznie na naszej rodzinie.

Są ludzie, których nigdy nie poznaliśmy, których historii nie znamy, a którzy również zasługują na chwilę zadumy.

Chciałabym, aby Szymon i Miłosz dorastali ze świadomością, że szacunek należy się nie tylko naszym bliskim, ale również tym, którzy żyli przed nami i pozostawili po sobie ślad w historii.

Patrząc, jak moi chłopcy klękają przy zniczach, zatrzymują się na chwilę i na swój dziecięcy sposób uczestniczą w tym, co dla mnie tak ważne, poczułam, że właśnie w takich zwyczajnych momentach przekazujemy dzieciom wartości, których nie da się nauczyć wyłącznie z książek. 





Nie potrzeba wielkich przemówień. Czasami wystarczy wspólny spacer, zapalony znicz i kilka prostych słów.

Nie zawsze musimy znać odpowiedź na każde pytanie

Jako rodzice często chcemy wszystko naszym dzieciom dokładnie wytłumaczyć. Znaleźć odpowiednie słowa, rozwiać wątpliwości i sprawić, żeby zrozumiały nawet najtrudniejsze sprawy.

Tylko że śmierć i przemijanie nie są łatwymi tematami. Nawet dla nas, dorosłych.

Nie zawsze wiemy, co powiedzieć. Czasami sami czujemy smutek, tęsknotę albo żal.

I myślę, że nie musimy tego przed dziećmi ukrywać.

Możemy powiedzieć, że za kimś tęsknimy. Że jest nam przykro, bo nie możemy już tej osoby zobaczyć. Że wspominanie jej przynosi nam jednocześnie smutek i uśmiech.

Nie musimy też odpowiadać na wszystkie pytania od razu. Czasem warto pozwolić dzieciom pytać, zastanawiać się i wracać do tematu wtedy, kiedy same poczują taką potrzebę.

Bo przecież wychowanie dzieci nie polega na udawaniu, że życie składa się wyłącznie z pięknych, radosnych chwil.

To również pokazywanie im, że smutek, tęsknota i łzy są naturalną częścią naszego życia.

I że o tych, których kochaliśmy, można mówić nie tylko ze smutkiem, ale również z uśmiechem.

Rodzinne historie, które warto ocalić od zapomnienia ❤️

Czasami myślę sobie, jak wiele historii znika razem z odchodzącymi ludźmi.

Ile wspomnień, rodzinnych anegdot czy zwyczajnych opowieści pozostaje niewypowiedzianych.

A przecież nasze dzieci nie poznają tych historii same.

To od nas zależy, czy będą wiedziały, kim byli ich dziadkowie i pradziadkowie. Jak wyglądało ich życie, co lubili robić, z czego się śmiali i jakie wspomnienia po sobie pozostawili.

Właśnie dlatego cieszę się, że podczas odwiedzania rodzinnych grobów jesteśmy razem z innymi członkami rodziny.

Bo pamięć można przekazywać na wiele sposobów. Przez wspólne rozmowy, opowieści, oglądanie starych zdjęć czy zwykłe wspominanie przy rodzinnym stole.

I wcale nie trzeba czekać na 1 listopada.

Możemy pamiętać przez cały rok.

Kiedyś to oni będą przekazywać tę pamięć dalej…

Nie wiem, ile z naszych dzisiejszych rozmów chłopcy zapamiętają za kilka czy kilkanaście lat.

Może nie będą pamiętać, jakie znicze zapaliliśmy w tym roku. Może zapomną, jak wyglądały kwiaty na grobach albo którędy spacerowaliśmy wieczorem.

Ale mam nadzieję, że zapamiętają coś znacznie ważniejszego.

Że w naszym domu pamiętało się o tych, którzy odeszli.

Że odwiedzanie grobów nie było przykrym obowiązkiem, ale wyrazem miłości, szacunku i wdzięczności.

Że warto czasem zatrzymać się w codziennym biegu, wspomnieć bliskich, zapalić znicz i po prostu pobyć przez chwilę z własnymi myślami.

Bo przyjdzie taki dzień, kiedy to oni będą opowiadać kolejnym pokoleniom nasze rodzinne historie.

Może kiedyś sami przyprowadzą swoje dzieci na te same cmentarne alejki. Może zapalą znicz na grobie dziadka, którego nigdy nie poznali, ale o którym tyle razy słyszeli od swojej mamy.

I może wtedy przypomną sobie nasze wspólne spacery, rozmowy i te wszystkie małe światełka rozświetlające listopadową ciemność.

Bardzo chciałabym, żeby tak właśnie było.

Bo choć nie mamy wpływu na upływający czas, mamy wpływ na to, co przekażemy kolejnym pokoleniom.

Człowiek odchodzi, ale miłość, wspomnienia i wartości, które po sobie pozostawia, mogą trwać przez pokolenia. ❤️🕯️


A Wy? Zabieracie swoje dzieci na cmentarz i rozmawiacie z nimi o bliskich, którzy odeszli? Czy opowiadacie im historie o dziadkach, pradziadkach i innych członkach rodziny, których nie mieli okazji poznać?

A może macie swoje rodzinne tradycje związane z 1 listopada?

Chętnie przeczytam Wasze historie i przemyślenia. ❤️

Kapryśna Mamuśka ❤️


Kocham moje dzieci nad życie, ale czasami po prostu nie mam już siły… 💔

Są takie dni, kiedy wieczorem kładę się do łóżka i zastanawiam się, dlaczego znowu tak wyszło. Dlaczego kolejny poranek, który miał być spokojny, zakończył się nerwami. Dlaczego zamiast cierpliwie tłumaczyć, podniosłam głos. I dlaczego, mimo że tak bardzo się staram, czasami mam wrażenie, że wciąż robię za mało.

Kocham moje dzieci. Całym sercem. Nie wyobrażam sobie życia bez nich. Ale coraz częściej łapię się na tym, że jestem po prostu zmęczona. Nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.

Mój dzień często zaczyna się naprawdę pięknie. Są buziaki, przytulanie, miłe słowa. Przygotowuję śniadanie, robię chłopcom śniadaniówki, staram się zadbać o wszystko, żeby mogli dobrze rozpocząć dzień. Chciałabym, żebyśmy wychodzili z domu w dobrych nastrojach. Bez pośpiechu, bez krzyków, bez niepotrzebnych nerwów.

Ale później zaczyna się codzienność.

„Idź się umyć”.
„Ubierz się, proszę”.
„Spakuj swoje rzeczy”.
„Nie mamy już tyle czasu”.
„Odłóż telefon, bo zaraz musimy wychodzić”.

Powtarzam. Proszę. Przypominam. Tłumaczę. Czasami po raz piąty, dziesiąty, a może i dwudziesty. W głowie mam już godzinę, pracę, obowiązki i wszystko to, co jeszcze muszę zrobić. Wiem, że nie możemy spóźnić się do szkoły, a ja sama muszę zdążyć do pracy.

I wtedy wystarczy drobiazg. Coś pójdzie nie tak, coś się nie spodoba, coś zdenerwuje moje dziecko. Pojawia się złość, płacz, protest, czasami krzyk. A ja, zamiast mieć w sobie nieskończone pokłady cierpliwości, również zaczynam się denerwować.

Podnoszę głos. Popędzam. Mówię rzeczy, których wcale nie chciałam mówić w taki sposób.

I w jednej chwili cały ten piękny początek dnia znika.

Najbardziej boli mnie to, że przecież ja naprawdę chcę dobrze. Nie budzę się rano z myślą, że będę na swoje dzieci krzyczeć. Nie planuję, że zabraknie mi cierpliwości. Chciałabym być mamą, która potrafi spokojnie reagować, która ma czas wysłuchać, przytulić i pomóc dziecku poradzić sobie z emocjami.

Tylko że ja też jestem człowiekiem.

Mam pracę, obowiązki, terminy, sprawy, które nie mogą poczekać. Mam w głowie tysiące myśli. Czasami jeszcze zanim przekroczę próg domu po pracy, zastanawiam się, jak minie nam reszta dnia. Czy będzie spokojnie? Czy coś wyprowadzi chłopców z równowagi? Czy uda nam się odrobić lekcje bez nerwów? Czy wieczorem będziemy mieli jeszcze siłę na zwyczajną rozmowę, zabawę i przytulenie?

A przecież chciałabym po prostu wrócić do domu i odetchnąć.

Chciałabym nie analizować każdego kolejnego kroku. Nie przewidywać, co może pójść nie tak. Nie czuć, że przez cały dzień muszę być gotowa na kolejne wyzwanie.

Wiem też, że moje dzieci nie robią wszystkiego po to, żeby mi dokuczyć. Wiem, że ich emocje bywają dla nich trudne, że czasami coś je przerasta, denerwuje albo przytłacza. Szczególnie kiedy codzienność wymaga od nich tak wiele, a one jeszcze uczą się rozumieć siebie i to, co czują.

Szymon ma swoje trudności, swoje potrzeby i momenty, w których zwykłe czynności potrafią stać się dla nas obojga ogromnym wyzwaniem. Coraz częściej widzę też, że Miłosz, choć jest inny i inaczej reaguje, również ma swoje emocje, swoje granice i swoje trudniejsze chwile.

I czasami czuję się tak, jakbym próbowała jednocześnie pomóc im wszystkim, zadbać o ich potrzeby, dopilnować codziennych obowiązków i jeszcze nie zgubić po drodze samej siebie.

Czy zawsze mi się udaje? Nie.

Czy czasami mam ochotę zamknąć się na chwilę w pokoju i po prostu pobyć sama, bez pytań, próśb i kolejnego „mamo”? Tak. I nie chcę udawać, że jest inaczej.

Bo można kochać swoje dzieci ponad wszystko i jednocześnie być zmęczoną codziennością z nimi. Można tęsknić za spokojem. Można marzyć o chwili ciszy. Można czuć złość, frustrację i bezradność, a później mieć wyrzuty sumienia, że w ogóle pozwoliło się sobie tak poczuć.

To nie znaczy, że kocha się mniej.

To znaczy, że czasami jest po prostu za dużo.

Za dużo obowiązków. Za dużo napięcia. Za dużo spraw, które trzeba załatwić na już. Za dużo emocji, które wszyscy próbujemy jakoś pomieścić, choć nie zawsze wiemy jak.

I wiecie, czego chyba najbardziej potrzebuję?

Nie kolejnej rady, żebym była bardziej cierpliwa. Nie kolejnego przypomnienia, że dzieci są dziećmi, a ja jestem dorosła. Ja naprawdę to wiem. Wiem, że to ja powinnam pomagać im regulować emocje, a nie dokładać do nich własne nerwy. Wiem, że krzyk nie rozwiązuje problemów i że po trudnym poranku warto wrócić do rozmowy, przytulić się i spróbować jeszcze raz.

Ale chciałabym też, żeby ktoś czasami zapytał, jak ja się z tym wszystkim czuję.

Żeby ktoś zauważył, że za mamą, która przypomina, pogania i pilnuje, jest również kobieta. Kobieta, która pracuje, martwi się, planuje, załatwia, pamięta o wszystkim i próbuje być dla swoich dzieci bezpieczną przystanią, nawet wtedy, kiedy sama czuje, że ledwo utrzymuje się na powierzchni.

Nie piszę tego po to, żeby usprawiedliwiać swoje krzyki. Chciałabym umieć reagować spokojniej. Chciałabym dawać chłopcom więcej cierpliwości, a sobie mniej powodów do wyrzutów sumienia. Chcę się tego uczyć, małymi krokami, każdego dnia.

Ale nie chcę już udawać, że macierzyństwo zawsze jest piękne, cierpliwe i pełne wzruszających chwil.

Bo czasami jest chaotyczne. Głośne. Męczące. Czasami płaczesz z bezsilności, kiedy dzieci już śpią. Czasami przepraszasz za podniesiony głos i obiecujesz sobie, że jutro będzie inaczej. A następnego dnia znowu próbujesz, choć nie zawsze wszystko wychodzi tak, jak sobie wymarzyłaś.

I może właśnie od tego trzeba zacząć. Nie od bycia idealną mamą, ale od zauważenia, że również my, mamy, potrzebujemy wsparcia. Że nie musimy wszystkiego dźwigać same. Że możemy kochać nasze dzieci najmocniej na świecie i jednocześnie przyznać, że czasami jest nam trudno.

Nie chcę, żeby moi chłopcy zapamiętali wyłącznie moje nerwy i pośpiech. Chcę, żeby wiedzieli, że nawet kiedy popełniamy błędy, możemy o nich rozmawiać. Możemy przepraszać. Możemy naprawiać to, co się nie udało. I możemy spróbować jeszcze raz.

Bo ja też się uczę. Uczę się być mamą dwóch różnych chłopców, z których każdy potrzebuje czegoś innego. Uczę się rozpoznawać ich emocje, ale też własne granice. Uczę się, że nie wszystko musi być zrobione natychmiast i że czasami warto odpuścić, zanim wszyscy stracimy cierpliwość.

Nie wiem, czy jutro będzie idealnie. Pewnie nie. Być może znowu będę przypominać o myciu, ubieraniu i pakowaniu plecaków. Być może znowu zabraknie nam czasu. Ale chciałabym pamiętać, że za każdym trudnym zachowaniem jest dziecko, które czegoś potrzebuje. I że za każdą mamą, której puszczają nerwy, może stać człowiek, który od dawna potrzebuje chwili wytchnienia.

Kocham moje dzieci nad życie. Ale ja też jestem tylko człowiekiem. I czasami naprawdę potrzebuję, żeby ktoś o tym pamiętał. ❤️

A jeśli Ty również masz czasami takie dni, chcę Ci powiedzieć jedno: nie jesteś jedyną mamą, która tak się czuje. Nie musisz udawać, że zawsze dajesz radę. Możesz szukać pomocy, odpoczywać, stawiać granice i uczyć się reagować inaczej. Nie musisz być idealna, żeby być dla swojego dziecka ważną i kochającą mamą.

A Ty? Zdarza Ci się wieczorem obiecywać sobie, że jutro będziesz miała więcej cierpliwości? Czy też czasami czujesz, że kochasz najmocniej na świecie, ale zwyczajnie brakuje Ci już sił? ❤️

Jeśli masz ochotę, napisz. Bez oceniania. Bez udawania. Po prostu szczerze.

Za tymi uśmiechami kryje się nasze prawdziwe życie. Pełne miłości, przytulania i pięknych chwil, ale też zmęczenia, trudnych emocji i codziennych wyzwań. Bo macierzyństwo nie zawsze jest idealne, ale miłość pozostaje niezmienna. ❤️




708. urodziny Lublina – dzień pełen atrakcji, uśmiechów i rodzinnych wspomnień ❤️



Są takie dni, które choć dawno minęły, nadal wywołują uśmiech na twarzy. Przeglądając ostatnio moje zapisane teksty i wspomnienia, natrafiłam na wpis, który przygotowałam jeszcze w ubiegłym roku, ale z jakiegoś powodu nigdy nie doczekał się publikacji. A przecież był to naprawdę fajny dzień, pełen dziecięcej radości, nowych doświadczeń i wspólnie spędzonych chwil. 🥰

Postanowiłam więc trochę odkurzyć te wspomnienia i zabrać Was ze sobą do sierpnia 2025 roku, kiedy nasz ukochany Lublin świętował swoje 708. urodziny! 🎂🎉

Nie każdy wie, że Lublin otrzymał prawa miejskie już w 1317 roku, za czasów Władysława Łokietka. Przez te wszystkie stulecia nasze miasto było świadkiem wielu niezwykłych wydarzeń, a jednym z najważniejszych było zawarcie Unii Lubelskiej w 1569 roku.

Ale historia historią, a dla moich chłopaków najważniejsze były oczywiście atrakcje! 😁

Na Błoniach pod Zamkiem przygotowano piknik edukacyjny, na którym naprawdę było co robić. I powiem Wam, że uwielbiam takie wydarzenia! Dzieciaki mogą się wyszaleć, dowiedzieć czegoś nowego, a przy okazji nawet nie zauważają, że właśnie się uczą.

Szymon i Miłosz z ogromnym zainteresowaniem zaglądali przez mikroskopy, oglądając różne żyjątka, między innymi pająki i ćmy. Mogli też zobaczyć w powiększeniu rzeczy, na które na co dzień zupełnie nie zwracamy uwagi, takie jak skóra czy kukurydza. Niby zwyczajne rzeczy, a oglądane z bliska potrafią naprawdę zaskoczyć! 🔬





Nie zabrakło również łamigłówek, zagadek i konkurencji sprawnościowych. Chłopcy oczywiście chętnie podejmowali kolejne wyzwania, bo przecież jak tu przejść obojętnie obok czegoś, co można sprawdzić, dotknąć albo samemu wypróbować?









A wiecie, co jeszcze robiliśmy?

Doiliśmy krowę! 🐄😂

Spokojnie, prawdziwa krowa nie musiała znosić naszych eksperymentów, bo była sztuczna. Ale zabawa była przednia! I właśnie za takie atrakcje lubię rodzinne wydarzenia. Czasami coś zupełnie prostego potrafi sprawić dzieciom więcej frajdy niż najdroższa zabawka.



Oczywiście nie mogło zabraknąć również sportowych emocji! ⚽💛

Na stoisku Motoru Lublin chłopcy mieli okazję sprawdzić swoje piłkarskie umiejętności, biorąc udział w różnych konkursach z piłką. A do tego udało im się zrobić pamiątkowe zdjęcie z jednym z zawodników!

Dla Miłosza, który piłkę nożną uwielbia całym sercem, była to ogromna frajda. Szymon również był bardzo zadowolony. A ja? Ja po prostu uwielbiam patrzeć na te ich szczęśliwe buźki. Bo wiecie, czasami wystarczy jedno zdjęcie, jedno spotkanie czy kilka minut zabawy, żeby powstało wspomnienie, do którego wraca się jeszcze długo. ❤️



Pogoda tego dnia również postanowiła dać nam popalić. ☀️🥵 Żar dosłownie lał się z nieba, a my, mimo ogromnych chęci, nie mogliśmy zostać do samego końca.

Mieliśmy jeszcze jedną ważną misję do wykonania — trzeba było zawieźć moją mamę na lotnisko, ponieważ wybierała się na wakacje. ✈️



Plan był ambitny! Po odwiezieniu mamy mieliśmy wrócić do domu, chwilę odpocząć, a później ponownie wybrać się pod Zamek, tym razem na wieczorny koncert.

No właśnie... plan był. 😂

Bo jak to często bywa przy dzieciach, życie bardzo szybko go zweryfikowało.

Po powrocie do domu chłopcy padli ze zmęczenia niemal od razu. A ja? Cóż, długo nie trzeba było mnie namawiać. Zasnęłam razem z nimi!

I tak zamiast koncertu mieliśmy rodzinne spanie. 😁❤️

Później widziałam w Internecie nagrania i zdjęcia z koncertu. Tłumy ludzi, świetna atmosfera, znani artyści i mnóstwo pozytywnej energii. Przez chwilę nawet zrobiło mi się szkoda, że nas tam zabrakło.

Ale wiecie co?

Kiedy pomyślę o tym dniu, wcale nie żałuję.

Bo przecież spędziliśmy razem kilka naprawdę fajnych godzin. Chłopcy mogli zobaczyć i spróbować czegoś nowego, pośmiać się, pobawić, poczuć sportowe emocje i po prostu nacieszyć się tym dniem.

A ja po raz kolejny przekonałam się, że nie zawsze trzeba zrealizować wszystkie plany, żeby dzień był udany.

Czasami najpiękniejsze wspomnienia powstają właśnie wtedy, kiedy odpuszczamy to, czego nie udało się zrobić, i doceniamy to, co już przeżyliśmy. ❤️

A skoro już jesteśmy przy Lublinie, zostawię Wam jeszcze kilka ciekawostek o naszym mieście!

🏰 Lublin nazywany jest Bramą Wschodu, ponieważ od wieków stanowił ważne miejsce spotkania różnych kultur i tradycji.

📜 W 1569 roku zawarto tutaj Unię Lubelską, która połączyła Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie w Rzeczpospolitą Obojga Narodów.

👹 Z Lublinem związana jest słynna legenda o Czarciej Łapie. Według niej diabeł pozostawił odcisk swojej dłoni na stole znajdującym się dziś w lubelskim Zamku.

🌇 Z Wieży Trynitarskiej można podziwiać przepiękną panoramę Starego Miasta i okolic. To jeden z tych widoków, które naprawdę warto zobaczyć!

Lublin ma w sobie coś wyjątkowego. Z jednej strony historię, piękne zabytki i miejsca, które pamiętają minione stulecia, a z drugiej mnóstwo wydarzeń, dzięki którym możemy wspólnie tworzyć własne wspomnienia.

I właśnie za to lubię nasze miasto. ❤️

Choć ten wpis doczekał się publikacji z dużym opóźnieniem, cieszę się, że jednak do Was trafia. Bo wspomnienia przecież nie mają daty ważności. A ja chcę zachowywać tutaj nie tylko wielkie wydarzenia, ale również te zwyczajne, rodzinne chwile, które z czasem stają się dla nas bezcenne.

A Wy? Lubicie uczestniczyć w takich miejskich wydarzeniach z dziećmi? A może byliście z nami na 708. urodzinach Lublina? 🥰

Chętnie poczytam o Waszych wspomnieniach! ❤️




A żeby nie było, że tylko oglądaliśmy, rozwiązywaliśmy zagadki i braliśmy udział w konkursach… znalazł się również czas na wspólne tańce! 💃🕺😂 Bo kto powiedział, że na miejskim pikniku nie można sobie trochę potańczyć?

Jak widzicie, chłopcy dali się porwać muzyce, a ja oczywiście razem z nimi! 😁❤️ I właśnie takie spontaniczne momenty uwielbiam najbardziej. Bez wielkiego planowania, bez pośpiechu, po prostu my, muzyka i nasza wspólna radość.

Bo czasami to właśnie te niepozorne, pełne śmiechu chwile stają się najpiękniejszymi wspomnieniami. ❤️

Czasami znikamy, choć wcale nie chcemy. O mojej nieobecności, zmęczeniu i powrocie do siebie ❤️



Długo mnie tutaj nie było. I chociaż chciałabym napisać, że po prostu zabrakło mi czasu na blogowanie, prawda jest trochę bardziej skomplikowana.

Wszystko zaczęło się od zmiany pracy. Nowe obowiązki, nowe wyzwania, coraz mniej czasu dla siebie i poczucie, że doba jest zdecydowanie za krótka. Praca zaczęła pochłaniać ogromną część mojego życia, a ja próbowałam jakoś to wszystko poukładać. Być dobrą pracownicą, mamą, ogarniać dom, gotować, sprzątać, pamiętać o tysiącu spraw i jeszcze znaleźć w tym wszystkim miejsce dla samej siebie.

Bo przecież trzeba. Trzeba wstać, zrobić śniadanie, przygotować chłopców do szkoły, iść do pracy, wrócić, zająć się domem, dopilnować obowiązków i znaleźć czas dla dzieci. A najlepiej jeszcze zrobić to wszystko z uśmiechem na twarzy.

Tylko że w pewnym momencie coś zaczęło się we mnie zmieniać.

Coraz częściej byłam rozdrażniona. Denerwowały mnie rzeczy, które wcześniej nie miały aż takiego znaczenia. Czułam, że mam coraz mniej cierpliwości, coraz mniej przestrzeni w głowie i coraz mniej siły na to, żeby po prostu być sobą.

A przecież się starałam.

Starałam się pracować, spędzać z chłopcami aktywnie czas, organizować nam wspólne chwile i cieszyć się życiem. Były przecież wakacje, były wyjazdy, były momenty, które powinny dawać radość i pozwalać naładować baterie. Patrząc z boku, można było pomyśleć, że wszystko jest w porządku.

Ale ja wiedziałam, że coś jest nie tak.

Nie potrafię powiedzieć, kiedy dokładnie przekroczyłam tę niewidzialną granicę, za którą codzienne zmęczenie zaczyna przypominać coś znacznie poważniejszego. Wiem tylko, że coraz częściej czułam się przytłoczona, a zwykłe obowiązki, które kiedyś wykonywałam niemal automatycznie, zaczęły kosztować mnie znacznie więcej energii.

Czasami zastanawiam się, czy to, co działo się ze mną w ostatnich miesiącach, było po prostu ogromnym przeciążeniem, skutkiem długotrwałego stresu, czy może czymś więcej. Nie potrafię dziś jednoznacznie tego nazwać. Wiem tylko, że przestałam czuć się sobą.

Nie przestałam być mamą. Nie przestałam pracować. Nie zrezygnowałam z życia. Nadal robiłam to, co każdego dnia trzeba było zrobić. Tylko że coraz częściej brakowało mi cierpliwości, drobne sprawy wyprowadzały mnie z równowagi, a rzeczy, które kiedyś przychodziły mi naturalnie, zaczęły kosztować mnie znacznie więcej energii.

Z zewnątrz wszystko mogło wyglądać zupełnie normalnie. Ale ja czułam, że coś się zmieniło.

I chyba właśnie to jest najtrudniejsze — kiedy sama nie do końca rozumiesz, co się z Tobą dzieje, a jednocześnie próbujesz funkcjonować tak, jakby nic się nie zmieniło.

Dlatego nie chcę dziś stawiać sobie żadnej diagnozy. Chcę jedynie powiedzieć głośno, że trudności psychiczne nie zawsze wyglądają tak, jak sobie je wyobrażamy. Czasami kryją się za zmęczeniem, rozdrażnieniem, poczuciem przytłoczenia i codziennym „muszę dać radę”. A kiedy taki stan nie mija, warto się zatrzymać i poszukać pomocy, zamiast bez końca wymagać od siebie jeszcze więcej.

Przez długi czas chciałam być dobra we wszystkim. W pracy, w macierzyństwie, w prowadzeniu domu. Chciałam, żeby było posprzątane, ugotowane, zorganizowane. Żeby chłopcy mieli zapewniony czas ze mną, żeby niczego im nie brakowało, a ja sama żebym jeszcze znalazła siłę na własne pasje i marzenia.

Dziś coraz częściej pozwalam sobie na to, żeby nie wszystko było idealne. I uczę się, że nie muszę zasługiwać na odpoczynek, wykonując wcześniej wszystkie obowiązki.

Bo ta lista nigdy się nie kończy. Zawsze znajdzie się coś do posprzątania, ugotowania, załatwienia czy dopilnowania. A ja też jestem człowiekiem. Nie tylko mamą, pracownicą i osobą odpowiedzialną za to, żeby wszystko działało.

Nie każdego dnia muszę przygotować wyjątkowy obiad. Nie zawsze musi być idealnie posprzątane. Nie muszę udowadniać sobie ani innym, że potrafię udźwignąć wszystko.

I wiecie co? To wcale nie oznacza, że przestało mi zależeć.

Po prostu zaczynam rozumieć, że ja również mam swoje granice.

Nie chcę jednak pisać, że wszystko już za mną, bo nie wiem, czy tak jest. Nadal zdarzają się dni, kiedy czuję, że mam za dużo na głowie. Nadal próbuję zrozumieć siebie i to, co się ze mną działo. Wiem tylko, że trochę odpuściłam. Przestałam przejmować się niektórymi rzeczami tak bardzo jak wcześniej i nie próbuję już za wszelką cenę być najlepsza w każdej dziedzinie życia.

Może to dopiero początek drogi do odzyskania równowagi. A może dopiero uczę się słuchać samej siebie. Wiem, że jeśli ten stan będzie się utrzymywał, nie chcę go bagatelizować i będę szukała odpowiedniej pomocy.

A blog? Blog przez cały ten czas gdzieś tam był. W moich myślach, w planach, w pomysłach na kolejne teksty. Tęskniłam za pisaniem, za możliwością dzielenia się z Wami swoimi przemyśleniami i za tym miejscem, które przecież powstało z potrzeby serca.

Kiedy w końcu powiedziałam sobie: „Dobra, Dorota, czas wrócić. Znajdź chwilę dla siebie i zacznij znowu pisać”, okazało się, że czeka mnie kolejna niespodzianka.

Nie miałam już dostępu do swojego konta Gmail, z którym powiązany był blog. Google usunęło mój adres e-mail, a ja nie mogłam go odzyskać. Nagle okazało się, że nie mogę zalogować się do miejsca, które tworzyłam, w które wkładałam swoje serce, czas i mnóstwo emocji.

Możecie sobie wyobrazić moją frustrację. Kiedy wreszcie znalazłam przestrzeń, żeby wrócić do pisania, nie mogłam nawet wejść na własnego bloga.

Trochę przewrotnie wyszło na to, że kiedy wreszcie znalazłam w sobie chęć i przestrzeń, żeby wrócić do czegoś, co sprawiało mi radość, straciłam do tego dostęp.

Szukałam rozwiązania, sprawdzałam różne możliwości i próbowałam znaleźć sposób na odzyskanie dostępu. Z czasem zaczęło mi brakować pomysłów, a ja miałam wrażenie, że wszystko sprzysięgło się przeciwko temu powrotowi.

Wtedy przypomniałam sobie, że kiedyś przy zmianach na blogu pomagała mi Karolina, która miała również dostęp administratora. Odezwałam się do niej z pytaniem, czy nadal może wejść na bloga i pomóc mi odzyskać do niego dostęp.

I właśnie ta dodatkowa możliwość dostępu okazała się niezwykle ważna.

Piszę o tym, bo sama przekonałam się, jak łatwo można stracić dostęp do czegoś, co tworzyło się przez lata. Dlatego, jeśli prowadzicie bloga, stronę internetową albo inne miejsce w sieci, zadbajcie o swoje zabezpieczenia. Włączcie weryfikację dwuetapową, aktualizujcie dane do odzyskiwania konta i sprawdźcie, czy macie dostęp do aktualnego numeru telefonu lub zapasowego adresu e-mail. Jeśli platforma na to pozwala, warto też przemyśleć bezpieczny sposób zapewnienia dostępu zaufanej osobie.

Lepiej poświęcić chwilę na zabezpieczenie swojego konta, niż później szukać ratunku, kiedy wydaje się, że wszystkie drzwi zostały zamknięte.

Ta sytuacja nauczyła mnie, że czasami nawet powrót do czegoś, co kochamy, wymaga cierpliwości. Ale też przypomniała mi, że warto próbować jeszcze raz.

Dlatego jestem.

Może nie wracam z głową pełną gotowych planów. Może nie będę publikować tak często, jak kiedyś. Może nie wszystkie moje teksty będą idealnie dopracowane, a niektóre będą powstawały późnym wieczorem, kiedy chłopcy już zasną, a ja wreszcie znajdę chwilę ciszy.

Ale chcę wrócić do pisania. Do dzielenia się codziennością, macierzyństwem, emocjami i tym wszystkim, o czym czasami trudno mówić głośno.

Chcę też powiedzieć coś każdej mamie i każdemu tacie, którzy czytają ten tekst.

Nie musicie czekać, aż zupełnie zabraknie Wam sił, żeby przyznać, że jest Wam trudno. Nie musicie mieć idealnie posprzątanego domu, przygotowanego obiadu i uśmiechu na twarzy, żeby być dobrymi rodzicami. Nie musicie też udowadniać nikomu, że dajecie sobie radę.

Czasami człowiek funkcjonuje na zewnątrz zupełnie normalnie, a w środku toczy walkę, o której nie wie nikt z jego otoczenia. Rozdrażnienie, przeciążenie, utrata radości czy poczucie, że nie jesteśmy już sobą, mogą mieć różne przyczyny. Nie zawsze łatwo samemu rozpoznać, co się z nami dzieje. Dlatego warto dać sobie prawo do odpoczynku, rozmowy i szukania pomocy, kiedy czujemy, że coś jest nie tak.

Nie piszę tego jako specjalistka. Piszę jako kobieta, mama i człowiek, który próbuje zrozumieć siebie i nauczyć się żyć trochę inaczej niż dotychczas.

Nie wiem jeszcze, jak będzie wyglądała moja dalsza droga. Wiem natomiast, że nie chcę już udawać przed samą sobą, że zawsze wszystko jest dobrze.

Bo czasami największą odwagą nie jest zrobienie kolejnej rzeczy z listy obowiązków.

Czasami największą odwagą jest zatrzymać się i powiedzieć: „Jest mi trudno. Potrzebuję chwili dla siebie”.

A dziś robię kolejny mały krok. Wracam tutaj. Do miejsca, które jest częścią mnie.

Dziękuję, jeśli nadal tu jesteście. ❤️

A Wy? Czy zdarzyło Wam się kiedyś tak bardzo skupić na codziennych obowiązkach, że zabrakło Wam czasu i siły dla samych siebie? Czy potraficie odpuścić, kiedy czujecie, że macie już za dużo na głowie?


Jeśli macie ochotę, podzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzach. ❤️ Może dzięki temu przypomnimy sobie nawzajem, że nie musimy być idealni, żeby być dobrymi rodzicami i po prostu dobrymi dla samych siebie ludźmi.


Pierwszy gwizdek, pierwsze emocje - nasz rodzinny debiut na meczu Motoru Lublin!

       Nie każda sobota zostaje w pamięci na długo. Ale ta… oj, ta zdecydowanie tak! Nasza trójka (a może już mini drużyna?) przeżyła pierwszy wspólny mecz na żywo i to od razu z przytupem – inauguracja sezonu Motor Lublin kontra Arka Gdynia. 

       Zaczęło się jeszcze przed gwizdkiem – odwiedziliśmy Motorowe Miasteczko, które już samo w sobie było atrakcją. Dmuchane zamki, zabawy dla dzieci, konkursy, muzyka, a do tego coś na ząb — idealne wprowadzenie do sportowych emocji. Dzieciaki były zachwycone, a ja… patrzyłam na ich radość z ogromnym wzruszeniem.





       Ale to, co działo się na stadionie, przeszło nasze oczekiwania. Efekty świetlne, dymy, oprawa — czuło się, że to coś więcej niż zwykły mecz. I ten moment, kiedy piłka wpadła do siatki… Okrzyki, radość, przybicie piątek z Miłoszem, który dopingował z całych sił. Szymon też przeżywał po swojemu, chłonąc atmosferę i ciesząc się, że jesteśmy razem. 



       To był ich pierwszy mecz w życiu – i od razu zwycięstwo. 1:0 dla Motoru! Piękne rozpoczęcie sezonu i równie piękne wspomnienie, które — jestem pewna — zostanie z nami na długo. 

      Już szykujemy się na kolejny mecz 3 sierpnia. Może to będzie nasza nowa, rodzinna tradycja? Bo przecież wspólne kibicowanie, emocje i radość to coś, co łączy – nie tylko kibiców, ale i rodziny.

💛💙 Motor, dziękujemy za emocje. Do zobaczenia niedługo!

Dwa różne światy, jedna mama - czyli nasze wakacyjne przygody.

      Minął już tydzień od powrotu Miłosza z jego pierwszego, prawdziwego piłkarskiego obozu. Charsznica 2025 – tydzień, który zapamięta na długo. Dla mnie jako mamy to było wyzwanie – po raz pierwszy oddać syna pod opiekę innych na kilka dni, zaufać, że da sobie radę. I dał! 💪

     Obóz był intensywny – dwa treningi dziennie, ograniczony kontakt z telefonami, ogrom emocji i… jeszcze więcej śmiechu. Wycieczka do Krakowa, turniej FIFA, Piana Party, zwiedzanie zamków i parków linowych – wszystko to połączone z piłką nożną i współpracą w drużynie.

     A wśród wszystkich tych atrakcji wydarzyło się coś wyjątkowego – Miłosz zdobył nagrodę za Złoty Strzał! ⚽🥇 Jego zaangażowanie, celność i determinacja zostały docenione. Dla niego – radość, dla mnie – wzruszenie nie do opisania. 

     W tym samym czasie Szymon uczestniczył w półkoloniach w Lublinie. Inny rytm, inne emocje – ale równie cenne. Każdy dzień to była nowa przygoda, czasem wyzwanie. Szymek uczy się odnajdywać w grupie, przełamywać bariery i pokonywać swoje trudności. I choć czasem coś nie poszło po jego myśli – to widzę, ile mu dał ten tydzień. Ile odwagi i dumy z samego siebie przyniósł.

     Dla mnie – mamy dwóch chłopców o tak różnych potrzebach – to były dni pełne obserwacji, tęsknoty, ale też satysfakcji. Patrzę na nich i wiem, że każde takie doświadczenie buduje ich mały wielki świat. A ja mam zaszczyt być jego częścią.

     Z radością i wzruszeniem zapisuję ten rozdział naszych wakacji. Jeden z wielu – ale jeden z tych, które zostają z nami na dłużej. 🌟

Majówka w lipcu? Czemu nie! 😀

     Ten wpis miał się pojawić dużo wcześniej, ale życie jak to życie – potrafi zaskoczyć i zabrać każdą wolną chwilę. Dziś wracam do tych pięknych, rodzinnych momentów z początku maja i dzielę się z Wami naszymi wspomnieniami. Bo niektóre chwile, choć minęły, nadal mają swoją magię. 💚

     Majówka – czas, kiedy ładujemy baterie i zbieramy siły na to, co przed nami. Spędzamy go z dziećmi, robimy coś dla siebie, spełniamy drobne zachcianki, okazujemy sobie miłość – i choć uważam, że to powinno dziać się codziennie, to w tym okresie robimy to jakoś bardziej… na przykład organizując wypasioną kolację 😍.

     To czas, kiedy możemy złapać oddech, na chwilę oderwać się od codziennego chaosu – tej gonitwy, obowiązków, pracy, szkoły, zadań. Dla mnie tegoroczna majówka była bez większych planów – spokojna, rodzinna i właśnie taka, jakiej potrzebowałam.

1 maja – nasza ulubiona kawiarnia, lody i plac zabaw 🍦

     Majówkę rozpoczęliśmy w naszej ulubionej kawiarni – w ogródku, z placem zabaw i trampolinami. Chłopcy szaleli, a ja mogłam wypić spokojnie kawę. Nie obyło się też bez naszej tradycji – każdy wybrał swój ulubiony smak lodów (nie wiem, jak to się dzieje, że nigdy nie trafiamy na te same!).


2 maja – praca zdalna i popołudniowe wojaże 🚗

     Tego dnia pracowałam zdalnie, a chłopcy spędzili ten dzień z moją siostrą Anią. W każdej trudnej chwili mogę na niej polegać, ona zawsze chętnie mi pomaga!

3 maja – Kraina Zabawy i piknik nad zalewem 🎈🌞

     Wybraliśmy się z mamą i chłopcami na „Dmuchańce i Przytulańce” w Lublinie – była piękna pogoda i mnóstwo ludzi. Potem poszliśmy na plac zabaw, a na koniec zrobiliśmy sobie mały piknik na drugiej stronie zalewu. Chłopcy biegali i wspinali się z innymi dziećmi, a my z mamą odpoczywałyśmy na kocu. W drodze powrotnej – oczywiście lody! A na koniec dnia złapał nas deszcz, ale i tak było super.





4 maja – Dworek Jabłonna i czas rodzinny 🥰

    Ostatni dzień majówki spędziliśmy w Dworku Jabłonna. To idealne miejsce na relaks – dzieci miały do dyspozycji ogromny plac zabaw i dmuchańce, a my z mamą mogłyśmy wypić pyszną kawę i zjeść bezowy deser. 💕



Na koniec wieczór w domu – kolacja, wspólny film i chwila odpoczynku tylko dla mnie, kiedy chłopcy poszli spać.

To była najlepsza majówka!

Pełna śmiechu, rodzinnych momentów, zabawy, spacerów, lodów i pikników. Nic spektakularnego, a jednak idealnie. Bo przecież właśnie o takie chwile chodzi – proste, ale z sercem.

Uwielbiam te wspólne dni – kiedy jesteśmy razem, bez pośpiechu, po prostu tu i teraz 💛