Czasami znikamy, choć wcale nie chcemy. O mojej nieobecności, zmęczeniu i powrocie do siebie ❤️
Długo mnie tutaj nie było. I chociaż chciałabym napisać, że po prostu zabrakło mi czasu na blogowanie, prawda jest trochę bardziej skomplikowana.
Wszystko zaczęło się od zmiany pracy. Nowe obowiązki, nowe wyzwania, coraz mniej czasu dla siebie i poczucie, że doba jest zdecydowanie za krótka. Praca zaczęła pochłaniać ogromną część mojego życia, a ja próbowałam jakoś to wszystko poukładać. Być dobrą pracownicą, mamą, ogarniać dom, gotować, sprzątać, pamiętać o tysiącu spraw i jeszcze znaleźć w tym wszystkim miejsce dla samej siebie.
Bo przecież trzeba. Trzeba wstać, zrobić śniadanie, przygotować chłopców do szkoły, iść do pracy, wrócić, zająć się domem, dopilnować obowiązków i znaleźć czas dla dzieci. A najlepiej jeszcze zrobić to wszystko z uśmiechem na twarzy.
Tylko że w pewnym momencie coś zaczęło się we mnie zmieniać.
Coraz częściej byłam rozdrażniona. Denerwowały mnie rzeczy, które wcześniej nie miały aż takiego znaczenia. Czułam, że mam coraz mniej cierpliwości, coraz mniej przestrzeni w głowie i coraz mniej siły na to, żeby po prostu być sobą.
A przecież się starałam.
Starałam się pracować, spędzać z chłopcami aktywnie czas, organizować nam wspólne chwile i cieszyć się życiem. Były przecież wakacje, były wyjazdy, były momenty, które powinny dawać radość i pozwalać naładować baterie. Patrząc z boku, można było pomyśleć, że wszystko jest w porządku.
Ale ja wiedziałam, że coś jest nie tak.
Nie potrafię powiedzieć, kiedy dokładnie przekroczyłam tę niewidzialną granicę, za którą codzienne zmęczenie zaczyna przypominać coś znacznie poważniejszego. Wiem tylko, że coraz częściej czułam się przytłoczona, a zwykłe obowiązki, które kiedyś wykonywałam niemal automatycznie, zaczęły kosztować mnie znacznie więcej energii.
Czasami zastanawiam się, czy to, co działo się ze mną w ostatnich miesiącach, było po prostu ogromnym przeciążeniem, skutkiem długotrwałego stresu, czy może czymś więcej. Nie potrafię dziś jednoznacznie tego nazwać. Wiem tylko, że przestałam czuć się sobą.
Nie przestałam być mamą. Nie przestałam pracować. Nie zrezygnowałam z życia. Nadal robiłam to, co każdego dnia trzeba było zrobić. Tylko że coraz częściej brakowało mi cierpliwości, drobne sprawy wyprowadzały mnie z równowagi, a rzeczy, które kiedyś przychodziły mi naturalnie, zaczęły kosztować mnie znacznie więcej energii.
Z zewnątrz wszystko mogło wyglądać zupełnie normalnie. Ale ja czułam, że coś się zmieniło.
I chyba właśnie to jest najtrudniejsze — kiedy sama nie do końca rozumiesz, co się z Tobą dzieje, a jednocześnie próbujesz funkcjonować tak, jakby nic się nie zmieniło.
Dlatego nie chcę dziś stawiać sobie żadnej diagnozy. Chcę jedynie powiedzieć głośno, że trudności psychiczne nie zawsze wyglądają tak, jak sobie je wyobrażamy. Czasami kryją się za zmęczeniem, rozdrażnieniem, poczuciem przytłoczenia i codziennym „muszę dać radę”. A kiedy taki stan nie mija, warto się zatrzymać i poszukać pomocy, zamiast bez końca wymagać od siebie jeszcze więcej.
Przez długi czas chciałam być dobra we wszystkim. W pracy, w macierzyństwie, w prowadzeniu domu. Chciałam, żeby było posprzątane, ugotowane, zorganizowane. Żeby chłopcy mieli zapewniony czas ze mną, żeby niczego im nie brakowało, a ja sama żebym jeszcze znalazła siłę na własne pasje i marzenia.
Dziś coraz częściej pozwalam sobie na to, żeby nie wszystko było idealne. I uczę się, że nie muszę zasługiwać na odpoczynek, wykonując wcześniej wszystkie obowiązki.
Bo ta lista nigdy się nie kończy. Zawsze znajdzie się coś do posprzątania, ugotowania, załatwienia czy dopilnowania. A ja też jestem człowiekiem. Nie tylko mamą, pracownicą i osobą odpowiedzialną za to, żeby wszystko działało.
Nie każdego dnia muszę przygotować wyjątkowy obiad. Nie zawsze musi być idealnie posprzątane. Nie muszę udowadniać sobie ani innym, że potrafię udźwignąć wszystko.
I wiecie co? To wcale nie oznacza, że przestało mi zależeć.
Po prostu zaczynam rozumieć, że ja również mam swoje granice.
Nie chcę jednak pisać, że wszystko już za mną, bo nie wiem, czy tak jest. Nadal zdarzają się dni, kiedy czuję, że mam za dużo na głowie. Nadal próbuję zrozumieć siebie i to, co się ze mną działo. Wiem tylko, że trochę odpuściłam. Przestałam przejmować się niektórymi rzeczami tak bardzo jak wcześniej i nie próbuję już za wszelką cenę być najlepsza w każdej dziedzinie życia.
Może to dopiero początek drogi do odzyskania równowagi. A może dopiero uczę się słuchać samej siebie. Wiem, że jeśli ten stan będzie się utrzymywał, nie chcę go bagatelizować i będę szukała odpowiedniej pomocy.
A blog? Blog przez cały ten czas gdzieś tam był. W moich myślach, w planach, w pomysłach na kolejne teksty. Tęskniłam za pisaniem, za możliwością dzielenia się z Wami swoimi przemyśleniami i za tym miejscem, które przecież powstało z potrzeby serca.
Kiedy w końcu powiedziałam sobie: „Dobra, Dorota, czas wrócić. Znajdź chwilę dla siebie i zacznij znowu pisać”, okazało się, że czeka mnie kolejna niespodzianka.
Nie miałam już dostępu do swojego konta Gmail, z którym powiązany był blog. Google usunęło mój adres e-mail, a ja nie mogłam go odzyskać. Nagle okazało się, że nie mogę zalogować się do miejsca, które tworzyłam, w które wkładałam swoje serce, czas i mnóstwo emocji.
Możecie sobie wyobrazić moją frustrację. Kiedy wreszcie znalazłam przestrzeń, żeby wrócić do pisania, nie mogłam nawet wejść na własnego bloga.
Trochę przewrotnie wyszło na to, że kiedy wreszcie znalazłam w sobie chęć i przestrzeń, żeby wrócić do czegoś, co sprawiało mi radość, straciłam do tego dostęp.
Szukałam rozwiązania, sprawdzałam różne możliwości i próbowałam znaleźć sposób na odzyskanie dostępu. Z czasem zaczęło mi brakować pomysłów, a ja miałam wrażenie, że wszystko sprzysięgło się przeciwko temu powrotowi.
Wtedy przypomniałam sobie, że kiedyś przy zmianach na blogu pomagała mi Karolina, która miała również dostęp administratora. Odezwałam się do niej z pytaniem, czy nadal może wejść na bloga i pomóc mi odzyskać do niego dostęp.
I właśnie ta dodatkowa możliwość dostępu okazała się niezwykle ważna.
Piszę o tym, bo sama przekonałam się, jak łatwo można stracić dostęp do czegoś, co tworzyło się przez lata. Dlatego, jeśli prowadzicie bloga, stronę internetową albo inne miejsce w sieci, zadbajcie o swoje zabezpieczenia. Włączcie weryfikację dwuetapową, aktualizujcie dane do odzyskiwania konta i sprawdźcie, czy macie dostęp do aktualnego numeru telefonu lub zapasowego adresu e-mail. Jeśli platforma na to pozwala, warto też przemyśleć bezpieczny sposób zapewnienia dostępu zaufanej osobie.
Lepiej poświęcić chwilę na zabezpieczenie swojego konta, niż później szukać ratunku, kiedy wydaje się, że wszystkie drzwi zostały zamknięte.
Ta sytuacja nauczyła mnie, że czasami nawet powrót do czegoś, co kochamy, wymaga cierpliwości. Ale też przypomniała mi, że warto próbować jeszcze raz.
Dlatego jestem.
Może nie wracam z głową pełną gotowych planów. Może nie będę publikować tak często, jak kiedyś. Może nie wszystkie moje teksty będą idealnie dopracowane, a niektóre będą powstawały późnym wieczorem, kiedy chłopcy już zasną, a ja wreszcie znajdę chwilę ciszy.
Ale chcę wrócić do pisania. Do dzielenia się codziennością, macierzyństwem, emocjami i tym wszystkim, o czym czasami trudno mówić głośno.
Chcę też powiedzieć coś każdej mamie i każdemu tacie, którzy czytają ten tekst.
Nie musicie czekać, aż zupełnie zabraknie Wam sił, żeby przyznać, że jest Wam trudno. Nie musicie mieć idealnie posprzątanego domu, przygotowanego obiadu i uśmiechu na twarzy, żeby być dobrymi rodzicami. Nie musicie też udowadniać nikomu, że dajecie sobie radę.
Czasami człowiek funkcjonuje na zewnątrz zupełnie normalnie, a w środku toczy walkę, o której nie wie nikt z jego otoczenia. Rozdrażnienie, przeciążenie, utrata radości czy poczucie, że nie jesteśmy już sobą, mogą mieć różne przyczyny. Nie zawsze łatwo samemu rozpoznać, co się z nami dzieje. Dlatego warto dać sobie prawo do odpoczynku, rozmowy i szukania pomocy, kiedy czujemy, że coś jest nie tak.
Nie piszę tego jako specjalistka. Piszę jako kobieta, mama i człowiek, który próbuje zrozumieć siebie i nauczyć się żyć trochę inaczej niż dotychczas.
Nie wiem jeszcze, jak będzie wyglądała moja dalsza droga. Wiem natomiast, że nie chcę już udawać przed samą sobą, że zawsze wszystko jest dobrze.
Bo czasami największą odwagą nie jest zrobienie kolejnej rzeczy z listy obowiązków.
Czasami największą odwagą jest zatrzymać się i powiedzieć: „Jest mi trudno. Potrzebuję chwili dla siebie”.
A dziś robię kolejny mały krok. Wracam tutaj. Do miejsca, które jest częścią mnie.
Dziękuję, jeśli nadal tu jesteście. ❤️
Jeśli macie ochotę, podzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzach. ❤️ Może dzięki temu przypomnimy sobie nawzajem, że nie musimy być idealni, żeby być dobrymi rodzicami i po prostu dobrymi dla samych siebie ludźmi.
















