„Matki Pingwinów” – drugi sezon, który przeżywałam jak własną historię. O sile rodziców i walce o dzieci ❤️ [RECENZJA]

🐧 Uwaga! W tej recenzji pojawiają się szczegóły fabuły drugiego sezonu „Matek Pingwinów”. Jeśli jeszcze nie oglądaliście wszystkich odcinków, miejcie to na uwadze przed dalszą lekturą. ❤️

Są takie seriale, które oglądamy, żeby oderwać się od codzienności. Są też takie, które sprawiają, że zamiast zapomnieć o własnych problemach, zaczynamy jeszcze mocniej zastanawiać się nad swoim życiem. Nad doświadczeniami, które mamy za sobą, trudnościami, z którymi mierzymy się każdego dnia, i emocjami, których nie zawsze potrafimy ubrać w słowa.

Dla mnie właśnie takim serialem po raz kolejny okazały się „Matki Pingwinów”.

Kiedy obejrzałam pierwszy sezon, byłam przekonana, że trudno będzie stworzyć kontynuację, która poruszy mnie równie mocno. Tamta historia pozostawiła we mnie wiele emocji i skłoniła do refleksji nad macierzyństwem, akceptacją, niepełnosprawnością oraz wyzwaniami, z jakimi mierzą się rodziny dzieci potrzebujących dodatkowego wsparcia. Nie spodziewałam się jednak, że drugi sezon nie tylko dorówna pierwszemu, ale zrobi na mnie jeszcze większe wrażenie.

Każde dziecko zasługuje na miejsce, w którym będzie czuło się bezpieczne, zrozumiane i akceptowane. ❤️ Grafika ilustracyjna.

Jeśli nie czytaliście jeszcze moich refleksji po obejrzeniu pierwszego sezonu, zapraszam Was również do wcześniejszego wpisu: „Matki Pingwinów” – opowieść o sile, miłości i akceptacji. ❤️

A jednak tak właśnie się stało.

Z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej angażowałam się w losy bohaterów. Nie mogłam doczekać się tego, co wydarzy się dalej, czy uda im się pokonać następne przeszkody i czy wszystko, o co tak bardzo walczyli, nie rozpadnie się pod ciężarem codziennych problemów. Przeżywałam ich sukcesy, rozczarowania, konflikty i chwile zwątpienia. Czasami czułam wzruszenie, innym razem frustrację, a niekiedy miałam ochotę powiedzieć im przez ekran, żeby się nie poddawali.

Ale najbardziej zaskoczyło mnie coś zupełnie innego. Im dłużej oglądałam, tym mocniej miałam wrażenie, że ta historia nie opowiada wyłącznie o nich.

Chwilami czułam, jakby była to również moja walka.

Nie dlatego, że moje życie wygląda dokładnie tak samo jak życie serialowych bohaterów. Każda rodzina ma przecież własną historię, potrzeby i doświadczenia. Jednak emocje, które towarzyszyły tym rodzicom, były mi wyjątkowo bliskie. Ta nieustanna potrzeba szukania rozwiązań, tłumaczenia, proszenia o zrozumienie i walczenia o to, żeby dziecko mogło rozwijać się w odpowiednich dla siebie warunkach.

Bo przecież każdemu rodzicowi zależy na szczęściu własnego dziecka. Chcemy, żeby nasze dzieci miały przyjaciół, czuły się bezpiecznie, zdobywały wiedzę i rozwijały zainteresowania. Chcemy, żeby były traktowane z szacunkiem i miały swoje miejsce wśród rówieśników. Dlaczego więc w przypadku dzieci, które potrzebują dodatkowego wsparcia, osiągnięcie tych pozornie oczywistych rzeczy bywa tak trudne?

To pytanie wracało do mnie niemal przez cały drugi sezon.

Najbardziej ujęło mnie to, że Kama, Ula, Tatiana i Jerzy potrafili połączyć siły, aby stworzyć szkołę, która miała odpowiadać na rzeczywiste potrzeby dzieci. Nie chodziło wyłącznie o ich własnych synów i córki. Chodziło o coś znacznie większego – o stworzenie przestrzeni również dla innych rodzin, które szukają akceptacji, zrozumienia i odpowiednich warunków do rozwoju swoich pociech.

Szkoła „Biegun Szczęścia” miała być miejscem, w którym dzieci nie będą musiały nieustannie dopasowywać się do oczekiwań otoczenia, lecz otrzymają szansę na naukę i rozwój z uwzględnieniem swoich indywidualnych możliwości.

I właśnie ta idea poruszyła mnie najbardziej.

Bo jak wiele trzeba mieć w sobie determinacji, żeby zamiast kolejny raz godzić się z ograniczeniami, spróbować stworzyć coś od podstaw? Ile odwagi potrzeba, żeby zaryzykować własnym spokojem, czasem i poczuciem bezpieczeństwa, nie mając pewności, czy wszystko się uda?

Oglądając ich działania, zastanawiałam się, jak wyglądałaby nasza rzeczywistość, gdyby więcej takich inicjatyw mogło powstawać bez konieczności nieustannego pokonywania kolejnych przeszkód. Gdyby rodzice nie musieli za każdym razem udowadniać, że ich dzieci potrzebują określonego wsparcia. Gdyby szkoła i rodzina od początku mogły działać razem, zamiast czasami spotykać się dopiero wtedy, gdy problemy zaczynają narastać.

Nie oczekuję przecież, że każda trudność zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wiem, że szkoły mają swoje ograniczenia, nauczyciele mierzą się z wieloma obowiązkami, a potrzeby dzieci bywają bardzo zróżnicowane. Chciałabym jednak, żeby w tym wszystkim nie zabrakło miejsca na rozmowę, współpracę i zwyczajne ludzkie zrozumienie.

Bo czasami największą zmianą nie jest nowy dokument, kolejny przepis czy dodatkowe zalecenie. Czasami jest nią człowiek, który zamiast powiedzieć „nie da się”, zaczyna zastanawiać się, co można zrobić.

Drugą rzeczą, za którą tak bardzo doceniłam ten sezon, jest sposób przedstawienia samych rodziców.

Nie byli idealni. Nie zawsze zachowywali spokój, nie zawsze podejmowali właściwe decyzje i nie zawsze potrafili ze sobą rozmawiać. Byli zmęczeni, przeciążeni obowiązkami, czasami rozczarowani sobą nawzajem. Zdarzało się, że emocje brały górę, a sprawy, które miały ich łączyć, stawały się powodem kolejnych konfliktów.

I właśnie dzięki temu ich historia wydała mi się tak prawdziwa.

Bo rodzicielstwo, szczególnie kiedy towarzyszą mu dodatkowe wyzwania, nie wygląda jak piękna fotografia, na której wszyscy się uśmiechają, a problemy znajdują rozwiązanie w ciągu kilku minut. Bywają chwile, kiedy człowiek jest tak zmęczony, że trudno mu myśleć spokojnie. Kiedy zbyt emocjonalnie reaguje na słowa drugiej osoby albo podejmuje decyzję, której później żałuje.

Możemy mieć dobre intencje, kochać nasze dzieci całym sercem i naprawdę starać się postępować właściwie, a mimo to popełniać błędy.

To przecież nie czyni nas złymi rodzicami. Czyni nas ludźmi.

Szczególnie zaskoczyła mnie historia Uli. Od początku postrzegałam ją jako osobę ciepłą, troskliwą, wrażliwą na potrzeby innych i potrafiącą dostrzec dobro nawet w trudnych sytuacjach. Dlatego nie spodziewałam się, że po odsunięciu jej od funkcji dyrektorki zdecyduje się działać samodzielnie i zacznie przekonywać rodziców do przeniesienia dzieci do swojej szkoły.

Przyznam, że trudno było mi patrzeć na ten fragment historii. Miałam poczucie, że coś, co zostało zbudowane dzięki wspólnemu wysiłkowi i wzajemnemu wsparciu, nagle zaczyna rozpadać się przez konflikt między dorosłymi.

Z drugiej strony zastanawiałam się, co musiała przeżywać sama Ula. Jak wielkie rozczarowanie, poczucie odrzucenia czy utraty wpływu na coś, w co włożyła tyle serca, mogło towarzyszyć jej decyzjom. Nie oznacza to, że zgadzałam się z jej zachowaniem. Ale właśnie ten wątek przypomniał mi, że człowieka nie zawsze można ocenić wyłącznie przez pryzmat jednej decyzji.

Ludzie bywają skomplikowani. Nawet ci, których postrzegamy jako najbardziej wyrozumiałych, mogą się pogubić, zranić innych lub pozwolić, żeby własne emocje przysłoniły im wcześniejsze wartości.

Nie chcę jednak zdradzać wszystkich szczegółów fabuły, bo uważam, że warto samodzielnie przeżyć tę historię.

Najważniejsze było dla mnie to, że mimo konfliktów, problemów i niepewności szkoła, którą rodzice wspólnie stworzyli, potrafiła przetrwać. Że ich wysiłek nie poszedł na marne, a idea, która od początku przyświecała temu przedsięwzięciu, okazała się silniejsza niż wiele przeszkód.

I nie chodzi tutaj wyłącznie o szkołę przedstawioną w serialu.

Chodzi o nadzieję.

O przekonanie, że nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się trudne i skomplikowane, warto próbować zmieniać rzeczywistość na lepszą. Że współpraca może przynieść coś dobrego nie tylko jednej rodzinie, ale całej społeczności. I że dzieci potrzebujące dodatkowego wsparcia nie powinny być postrzegane wyłącznie przez pryzmat swoich trudności.

Każde dziecko ma przecież własny charakter, zainteresowania, marzenia i możliwości. Każde chce być zauważone, akceptowane i traktowane z szacunkiem. Nie wszystkie dzieci potrzebują dokładnie tego samego, dlatego sprawiedliwe podejście nie zawsze oznacza identyczne warunki dla wszystkich.

Czasami właśnie odpowiednie dostosowanie środowiska, sposobu nauczania czy formy wsparcia pozwala dziecku pokazać, na co naprawdę je stać.

Oglądając drugi sezon „Matek Pingwinów”, niejednokrotnie zastanawiałam się nad tym, jak wiele podobnych historii rozgrywa się każdego dnia poza ekranem. W szkołach, poradniach, gabinetach specjalistów i rodzinnych domach. Ile rozmów, spotkań, dokumentów i próśb potrzeba, aby dziecko mogło otrzymać pomoc odpowiadającą jego potrzebom.

A przecież nie chodzi o szczególne przywileje.

Chodzi o równe szanse.

O możliwość uczenia się, rozwijania zainteresowań, nawiązywania przyjaźni i uczestniczenia w życiu społecznym bez ciągłego poczucia, że jest się kimś gorszym lub mniej ważnym.

Być może właśnie dlatego drugi sezon tak bardzo mnie poruszył. Bo choć oglądałam fikcyjną historię, przedstawione emocje były dla mnie prawdziwe. Rozumiałam frustrację bohaterów, ich zmęczenie, determinację i potrzebę walki o dobro dzieci. A jednocześnie kibicowałam im z całego serca, żeby w końcu mogli poczuć, że nie muszą wszystkiego robić sami.

Pierwszy sezon pokazał mi przede wszystkim, jak trudna potrafi być droga do akceptacji i zrozumienia potrzeb własnego dziecka. Drugi poszedł o krok dalej. Pokazał, że samo zrozumienie nie wystarczy, jeśli rzeczywistość wokół nas nadal pełna jest barier.

Bo co z tego, że rodzic nauczy się rozumieć potrzeby dziecka, jeśli później musi wciąż tłumaczyć je całemu światu? Co z tego, że wie, jakie wsparcie byłoby pomocne, jeśli jego uzyskanie wymaga kolejnych miesięcy starań? I wreszcie – dlaczego tak wiele zależy od determinacji rodzica, który przecież oprócz tej walki ma również pracę, dom, obowiązki i własne emocje?

Nie mam gotowych odpowiedzi na wszystkie te pytania. Wiem jednak, że chciałabym żyć w świecie, w którym rodzice i dzieci otrzymują więcej zrozumienia, a mniej pochopnych ocen. W którym rozmowa jest ważniejsza od szukania winnych, a współpraca nie kończy się przy pierwszej trudności.

„Matki Pingwinów” przypomniały mi również o czymś, o czym jako rodzice czasami zapominamy. O tym, że my także mamy prawo być zmęczeni. Że możemy nie wiedzieć, jaką decyzję podjąć. Że możemy potrzebować pomocy, chwili odpoczynku czy zwykłego pytania: „Jak sobie radzisz?”.

Nie musimy być niezniszczalni, żeby kochać nasze dzieci. Nie musimy być idealni, żeby chcieć dla nich jak najlepiej.

Czasami wystarczy, że mimo trudności nie przestajemy próbować.

Kiedy zakończył się ostatni odcinek, długo jeszcze myślałam o tej historii. O bohaterach, którzy zaryzykowali tak wiele, żeby stworzyć dzieciom bezpieczne miejsce. O ich błędach, konfliktach i chwilach zwątpienia. Ale przede wszystkim o tym, że nawet kiedy wszystko zdawało się rozpadać, nie zabrakło ludzi gotowych dalej walczyć o wspólny cel.

I chyba właśnie dlatego drugi sezon oceniam jeszcze wyżej niż pierwszy.

Nie dlatego, że był pozbawiony niedoskonałości, lecz dlatego, że wywołał we mnie tak wiele emocji i skłonił do zastanowienia się nad rzeczywistością, którą znam nie tylko z ekranu.

Bo czasami największą siłą rodzica nie jest to, że nigdy się nie poddaje. Jest nią również umiejętność poproszenia o pomoc, zaufania innym i zrozumienia, że nie wszystko musimy dźwigać samotnie.

A jeśli razem możemy stworzyć dzieciom świat pełen większej akceptacji, bezpieczeństwa i możliwości, to czy nie warto spróbować? ❤️


A Wy oglądaliście już drugi sezon „Matek Pingwinów”? 🐧

Jestem ogromnie ciekawa Waszych opinii! Czy również uważacie, że drugi sezon jest jeszcze lepszy od pierwszego? Jak oceniacie decyzje Uli i pozostałych bohaterów? Czy historia stworzenia własnej szkoły wydała Wam się wiarygodna?

A może, podobnie jak ja, podczas oglądania mieliście poczucie, że niektóre wydarzenia przypominają Wasze własne doświadczenia?

Chętnie przeczytam również opinie nauczycieli, pedagogów, specjalistów i rodziców. Myślę, że spojrzenie na tę historię z różnych perspektyw może stać się początkiem naprawdę wartościowej rozmowy.

Bo choć możemy różnić się doświadczeniami i poglądami, jedno powinno nas łączyć – troska o dobro dzieci i przekonanie, że każde z nich zasługuje na zrozumienie, szacunek oraz możliwość rozwoju.

Czekam na Wasze przemyślenia! 💗

Kapryśna Mamuśka

Czerwiec – miesiąc z wiatrem w twarz. O macierzyństwie, bezsilności i miłości ❤️


Ten tekst napisałam 19 lipca 2025 roku. Miał być podsumowaniem końcówki czerwca – czasu pełnego emocji, trudnych doświadczeń i pytań, na które nie zawsze potrafiłam znaleźć odpowiedź. Ostatecznie nigdy go wtedy nie opublikowałam.

Dziś, po ponad roku, wracam do tamtych słów. Wiele się od tego czasu wydarzyło. Niektóre rzeczy się zmieniły, inne nadal pozostają dla nas wyzwaniem. Jednak emocje, które towarzyszyły mi wtedy, były prawdziwe. I właśnie dlatego postanowiłam podzielić się tym tekstem. Bo macierzyństwo to nie tylko piękne wspomnienia, rodzinne sukcesy i uśmiechy. To również trudne dni, bezsilność, łzy i nieustanna nauka rozumienia własnych dzieci. ❤️


Są takie momenty w życiu, kiedy człowiek najzwyczajniej w świecie nie ma już siły. Kiedy obowiązki, problemy i emocje zaczynają się nawarstwiać, a my mimo wszystko próbujemy przez nie przejść. Czasami z uśmiechem na twarzy, czasami ze łzami w oczach, a czasami z ogromną ochotą, żeby po prostu usiąść, zamknąć oczy i choć przez chwilę nie musieć o niczym myśleć.

Tak właśnie wyglądała dla mnie końcówka czerwca 2025 roku.

Nie pisałam wtedy od kilku tygodni. Nie dlatego, że nie miałam o czym opowiadać. Wręcz przeciwnie. Działo się tak wiele, że trudno było mi zebrać myśli i ubrać wszystko w słowa. Każdego dnia pojawiało się coś nowego, kolejna sprawa do rozwiązania, następna rozmowa, następne zmartwienie. Czułam, że zanim usiądę do pisania, muszę najpierw to wszystko przeżyć, choć trochę poukładać sobie w głowie i odnaleźć w tym jakiś sens.

Czerwiec był pełen wyzwań, niepokoju, spotkań, rozmów i decyzji, których podejmowanie wcale nie przychodziło mi łatwo. Były chwile, kiedy naprawdę brakowało mi sił, a ja zastanawiałam się, ile jeszcze jestem w stanie udźwignąć. Ale pomiędzy tym wszystkim pojawiały się również momenty pełne miłości, prób wzajemnego zrozumienia i małych zwycięstw. Takich, które czasami trudno zauważyć, kiedy człowiek skupia się przede wszystkim na kolejnych problemach.

Kiedy szkoła staje się źródłem niepokoju…

Najwięcej emocji przynosiły mi wtedy sprawy związane ze szkołą Szymona. Od pewnego czasu obserwowałam, że mój starszy syn mierzy się z trudnościami, które coraz mocniej wpływały na jego codzienne funkcjonowanie. Pojawiały się problemy z koncentracją, przestrzeganiem zasad, radzeniem sobie z emocjami i odnajdywaniem się w różnych sytuacjach. Niektóre dni były spokojniejsze, inne przynosiły kolejne wyzwania, z którymi wszyscy próbowaliśmy sobie jakoś poradzić.

Informacje ze szkoły docierały do mnie coraz częściej. Że Szymonowi trudno skupić się na lekcjach, że nie zawsze wykonuje polecenia, że czasami reaguje złością albo nie potrafi odnaleźć się w sytuacji, która dla innych dzieci wydaje się zupełnie zwyczajna. Rozumiałam, że takie zachowania wymagają uwagi i odpowiedniego wsparcia. Wiedziałam też, że nauczyciele mają pod swoją opieką całą grupę dzieci i muszą dbać o jej bezpieczeństwo oraz spokojny przebieg zajęć.

A jednak każda kolejna wiadomość była dla mnie trudna.

Bo jak wytłumaczyć komuś, kto nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji, co czuje mama, która naprawdę bardzo się stara, a mimo wszystko ma wrażenie, że jej wysiłki nie przynoszą oczekiwanych rezultatów? Która rozmawia, tłumaczy, szuka pomocy, próbuje różnych rozwiązań, a następnego dnia znów dowiaduje się, że coś poszło nie tak?

Czasami czułam się zupełnie bezradna. Nie dlatego, że nie chciałam niczego zmienić. Wręcz przeciwnie. Chciałam tak bardzo, że momentami zapominałam o własnych granicach. Każdą trudną sytuację analizowałam po kilka razy, zastanawiając się, co mogłam zrobić inaczej. Czy czegoś nie zauważyłam? Czy powinnam wcześniej zareagować? A może istnieje jakieś rozwiązanie, którego jeszcze nie znalazłam?

Najtrudniejsze było jednak to, że nie zawsze potrafiłam zrozumieć, co dokładnie przeżywa mój syn. Widziałam, że bywa spięty, rozdrażniony i przytłoczony. Czułam, że za niektórymi jego reakcjami kryje się coś więcej, ale nie zawsze umiał mi o tym opowiedzieć. Próbowałam rozmawiać, obserwować, słuchać i szukać przyczyn. Zwracałam się również o wsparcie do osób, które miały z nim codzienny kontakt. Nie zawsze jednak przynosiło to efekty, na jakie liczyłam.

I właśnie wtedy coraz mocniej zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak łatwo skupić się na samym zachowaniu dziecka, zapominając o tym, co może się za nim kryć.

Za trudnym zachowaniem jest przecież dziecko

Miałam poczucie, że w rozmowach o Szymonie zbyt często skupiamy się na tym, co zrobił źle, a zbyt rzadko zastanawiamy się, dlaczego tak się zachował. Nie oczekiwałam, że ktokolwiek będzie przymykał oczy na niewłaściwe zachowania. Nie chciałam też usprawiedliwiać każdej trudnej sytuacji. Zależało mi jednak na tym, żebyśmy wspólnie próbowali zrozumieć jej przyczyny, zamiast zatrzymywać się wyłącznie na ocenie tego, co wydarzyło się danego dnia.

Marzyłam o prawdziwej współpracy. O rozmowach, podczas których nie będziemy szukać winnych, lecz rozwiązań. O poczuciu, że wszyscy patrzymy w tym samym kierunku i zależy nam na tym samym – żeby dziecko mogło czuć się bezpiecznie, rozwijać swoje możliwości i stopniowo uczyć się radzenia sobie z trudnościami.

Bo przecież za każdym zachowaniem stoi człowiek. W przypadku dziecka – mały człowiek, który dopiero poznaje świat, własne emocje i zasady rządzące relacjami z innymi. Nie zawsze potrafi powiedzieć, co czuje. Nie zawsze rozumie, dlaczego pewne sytuacje go przytłaczają. Czasami reaguje w sposób, który dla dorosłych jest niezrozumiały, ponieważ sam nie zna jeszcze lepszego rozwiązania.

Szymon nie jest przecież wyłącznie chłopcem, któremu zdarza się mieć trudności z przestrzeganiem zasad. Jest również dzieckiem niezwykle czułym, kochającym, ciekawym świata i pełnym pomysłów. Potrafi rozśmieszyć mnie do łez, zaskoczyć swoją spostrzegawczością i okazać tyle miłości, że wszystkie wcześniejsze troski na chwilę przestają mieć znaczenie.

Wiem, że bardzo się stara, choć nie zawsze wszystko mu wychodzi. Wiem też, że niektóre rzeczy wymagają od niego znacznie większego wysiłku, niż mogłoby się wydawać komuś, kto patrzy wyłącznie z boku.

I właśnie tego najbardziej pragnęłam – żeby inni również potrafili dostrzec w nim coś więcej niż jego trudności.

Bo dzieci nie powinny być postrzegane wyłącznie przez pryzmat tego, z czym sobie nie radzą. Każde z nich ma przecież swoje mocne strony, marzenia, zainteresowania i ogromną potrzebę akceptacji.

A kto zapyta, jak czuje się mama?

W całym tym zamieszaniu był jeszcze ktoś, o kim coraz częściej zapominałam.

Ja sama.

Mama, która codziennie próbuje pogodzić pracę, obowiązki domowe, szkołę, potrzeby dzieci i wszystkie sprawy, których nie można odłożyć na później. Mama, która odbiera kolejną wiadomość, analizuje następny problem, szuka rozwiązań i zastanawia się, co jeszcze może zrobić, żeby pomóc swojemu dziecku.

A wieczorem, kiedy w domu w końcu zapada cisza, zostaje sama ze swoimi myślami.

Czasami właśnie wtedy przychodziło największe zmęczenie. Przez cały dzień potrafiłam działać niemal automatycznie, przechodząc od jednego zadania do drugiego. Dopiero później, kiedy nie musiałam już nigdzie się spieszyć ani nikomu niczego tłumaczyć, zaczynałam czuć ciężar wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej.

Bywały wieczory, kiedy po prostu płakałam. Nie dlatego, że żałowałam swojego życia czy macierzyństwa. Nigdy nie zamieniłabym moich chłopców na nic innego. Płakałam dlatego, że ich kocham i chciałabym oszczędzić im wszystkich trudności, przykrości i rozczarowań. A przecież wiem, że nie jestem w stanie ochronić ich przed całym światem.

Czasami najbardziej brakowało mi zwyczajnego pytania: „A jak Ty sobie z tym wszystkim radzisz?”.

Nie kolejnej rady. Nie kolejnej oceny. Nie pytania o to, co zrobiłam, żeby rozwiązać problem.

Po prostu odrobiny zainteresowania tym, jak ja się czuję.

Bo rodzic również ma emocje. Również może być zmęczony, przestraszony i bezsilny. Może nie wiedzieć, co zrobić, i potrzebować wsparcia. Nie staje się przez to mniej kochającą mamą czy tatą.

Przez długi czas wydawało mi się, że muszę być silna za wszystkich. Że skoro to ja odpowiadam za codzienność naszej rodziny, powinnam ze wszystkim sobie poradzić. Coraz częściej zaczynałam jednak rozumieć, że nawet największa miłość nie sprawia, że człowiek staje się niezniszczalny.

I że proszenie o pomoc nie powinno być powodem do wstydu.

Dwa różne światy, jedna mama ❤️

Wśród wszystkich tych trudności związanych ze szkołą Szymona był jeszcze Miłosz. Mój młodszy synek, który również miał swoje potrzeby, marzenia, radości i zmartwienia. Dziecko, które tak samo potrzebowało mojej uwagi, przytulenia, spokojnej rozmowy i poczucia, że mama zawsze znajdzie dla niego chwilę.

Kiedy jedno dziecko przeżywa trudniejszy okres, bardzo łatwo skoncentrować na nim większość swojej energii. Kolejne rozmowy, spotkania, szukanie pomocy i próby rozwiązania problemów potrafią pochłonąć niemal cały dzień. A przecież obok jest drugie dziecko, które również chce zostać wysłuchane, zauważone i docenione.

W tamtym czasie coraz mocniej uświadamiałam sobie, jak trudne potrafi być dzielenie uwagi między dwoje dzieci, szczególnie kiedy każde z nich potrzebuje czegoś zupełnie innego. Chciałam być przy Szymonie, kiedy mierzył się z trudnościami, ale jednocześnie nie chciałam, żeby Miłosz czuł, że jego sprawy są mniej ważne.

Nie zawsze udawało mi się znaleźć idealną równowagę. Czasami brakowało czasu, czasami cierpliwości, a czasami zwyczajnie siły. Bywało, że wieczorem zastanawiałam się, czy poświęciłam każdemu z nich wystarczająco dużo uwagi. Czy nie przeoczyłam jakiegoś ważnego momentu? Czy nie powinnam była częściej odłożyć telefonu, przerwać obowiązków i po prostu usiąść obok?

Z czasem zaczęłam dostrzegać, że najważniejsze chwile nie zawsze wymagają wielkich planów. Czasami wystarcza wspólna gra planszowa, rozmowa przy kolacji, przytulenie przed snem albo kilka minut spędzonych razem bez pośpiechu. Takie zwyczajne momenty, w których niczego nie musimy udowadniać ani organizować.

Nie znam sposobu na idealne dzielenie siebie między dwoje dzieci. Nie wiem nawet, czy taki sposób istnieje. Wiem jednak, że każdego dnia próbuję pokazywać moim chłopcom, jak bardzo są dla mnie ważni.

Każdy z nich jest inny. Każdy ma własny charakter, zainteresowania i potrzeby. Ale obaj zajmują równie ważne miejsce w moim sercu.

I chciałabym, żeby zawsze o tym pamiętali.

Małe zwycięstwa, których nie można przeoczyć

Kiedy wracam myślami do tamtego czerwca, widzę nie tylko trudności, ale również wiele małych, dobrych chwil. Takich, które w natłoku problemów łatwo przeoczyć, choć często właśnie one dają nam siłę do dalszego działania.

Pamiętam spokojniejsze poranki, wspólne czytanie książek, rozmowy, uśmiechy i zwyczajne rodzinne wygłupy. Dni, kiedy udawało nam się przejść przez codzienne obowiązki bez większych napięć. Chwile, w których zamiast kolejnej kłótni pojawiała się rozmowa, a zamiast frustracji – zrozumienie.

To nie były wielkie wydarzenia. Nie zdobywaliśmy medali, nie świętowaliśmy spektakularnych sukcesów. A jednak właśnie takie momenty zaczynały mieć dla mnie coraz większą wartość.

Bo kiedy człowiek przez dłuższy czas skupia się przede wszystkim na trudnościach, bardzo łatwo zacząć mierzyć życie liczbą niepowodzeń. Kolejnym gorszym dniem, następną trudną rozmową, kolejnym problemem, którego nie udało się rozwiązać.

A przecież pomiędzy nimi wciąż dzieje się tyle dobrego.

Czasami sukcesem jest spokojne popołudnie. Czasami to, że dziecko potrafi powiedzieć, co je zdenerwowało. Innym razem wspólna rozmowa po trudnym dniu albo zwykłe „przepraszam”, wypowiedziane z potrzeby serca.

Coraz częściej przekonywałam się, że nie mogę oczekiwać wielkich zmian z dnia na dzień. Że rozwój, nauka radzenia sobie z emocjami i budowanie wzajemnego zrozumienia wymagają czasu. A droga do celu nie zawsze prowadzi prosto przed siebie.

Bywają zakręty. Bywają chwile zwątpienia. Czasami wydaje nam się, że zrobiliśmy ogromny krok naprzód, a chwilę później znów stoimy w tym samym miejscu.

Ale to nie oznacza, że wcześniejszy wysiłek nie miał znaczenia.

Może właśnie na tym polega rodzicielstwo? Na codziennym podejmowaniu kolejnych prób, nawet wtedy, kiedy nie wszystko wychodzi tak, jak sobie zaplanowaliśmy.

Nie jestem tylko mamą, która musi wszystko ogarniać

Tamten czerwiec przypomniał mi również o czymś, o czym w codziennym biegu bardzo łatwo zapomnieć.

O mnie samej.

O tym, że poza byciem mamą jestem również kobietą, która ma swoje marzenia, potrzeby, uczucia i granice. Która czasami chciałaby po prostu wypić kawę w ciszy, przeczytać kilka stron książki albo spotkać się z kimś, nie spoglądając co chwilę na zegarek.

Przez długi czas miałam poczucie, że odpoczynek jest czymś, na co najpierw muszę zasłużyć. Że mogę usiąść dopiero wtedy, kiedy mieszkanie będzie posprzątane, wszystkie sprawy załatwione, a dzieci spokojne i zadowolone.

Tylko że taki moment niemal nigdy nie nadchodził.

Zawsze znajdowało się coś jeszcze do zrobienia. Pranie, zakupy, dokumenty, przygotowanie rzeczy na kolejny dzień albo zwyczajna konieczność uporządkowania tego, co wydarzyło się wcześniej.

A ja coraz częściej czułam, że zaczyna brakować mi nie tylko czasu, ale również samej siebie.

Bywały dni, kiedy podnosiłam głos, choć obiecywałam sobie, że tym razem zachowam spokój. Chwile, kiedy brakowało mi cierpliwości i dopiero później przychodziła refleksja, że mogłam zareagować inaczej. Zdarzało się też, że wieczorem zadawałam sobie pytanie, które chyba zna wiele mam: czy naprawdę jestem wystarczająco dobra?

Z czasem zaczęłam rozumieć, że nie mogę oceniać całego swojego macierzyństwa przez pryzmat jednego trudnego dnia.

Nie muszę być idealna. Nie muszę zawsze znać odpowiedzi ani potrafić rozwiązać każdy problem. Mogę popełnić błąd, przyznać się do niego, przeprosić i spróbować następnym razem inaczej.

Moi chłopcy nie potrzebują przecież mamy, która nigdy się nie męczy i zawsze postępuje bezbłędnie. Potrzebują mamy, która ich kocha, słucha i stara się rozumieć. Takiej, przy której mogą czuć się bezpiecznie, nawet kiedy życie nie układa się po naszej myśli.

A ja również potrzebuję nauczyć się traktować siebie z większą wyrozumiałością.

Czerwiec mnie zmęczył, ale czegoś też nauczył

Kiedy pisałam te słowa w lipcu 2025 roku, nie miałam wielkich planów na nadchodzące tygodnie. Marzyłam przede wszystkim o odpoczynku. O tym, żeby choć na chwilę odłożyć na bok szkolne problemy, telefony, spotkania i niekończące się analizowanie trudnych sytuacji.

Chciałam po prostu być z chłopcami. Cieszyć się latem, wyjść na spacer, pojechać gdzieś bez pośpiechu, spędzić dzień bez ciągłego patrzenia na zegarek. Nie planować każdej minuty i nie zastanawiać się bez przerwy, co jeszcze powinnam zrobić.

Może nawet pozwolić sobie na odrobinę spontaniczności.

Wtedy wydawało mi się, że kilka spokojniejszych tygodni pozwoli nam wszystkim odzyskać siły, zanim znów ruszy szkolna machina. I choć dzisiaj wiem, że żaden odpoczynek nie sprawi, że wszystkie trudności nagle znikną, nadal uważam, że takie chwile są nam bardzo potrzebne.

Kiedy wracam do tego tekstu po ponad roku, widzę, jak wiele zmieniło się w naszym życiu. Chłopcy są starsi, zdobywają nowe doświadczenia, rozwijają swoje zainteresowania i każdego dnia uczą się czegoś o świecie oraz o sobie samych. Ja również wciąż się uczę.

Niektóre sprawy stały się łatwiejsze. Inne nadal wymagają od nas cierpliwości, rozmów i wspólnego szukania rozwiązań. Zdarzają się dni, kiedy widzę postępy i jestem z nich ogromnie dumna. Są też takie, kiedy mam wrażenie, że znów wracamy do punktu wyjścia.

Ale dzisiaj coraz lepiej rozumiem, że nie każda trudność oznacza porażkę. Że rozwój dziecka, budowanie relacji i nauka radzenia sobie z emocjami to proces, którego nie da się przyspieszyć samą siłą woli.

Czasami trzeba zrobić krok w tył, żeby później móc pójść dalej.

I nie zawsze muszę mieć gotowy plan.

Nie zawsze muszę wiedzieć, co przyniesie kolejny dzień.

Ważne, żebym nie przestała próbować, słuchać i szukać tego, co będzie najlepsze dla naszej rodziny.

Bo miłość nie sprawia, że wszystko staje się łatwe… ❤️

Czasami mam wrażenie, że od rodziców oczekuje się rzeczy niemal niemożliwych. Żebyśmy zawsze byli spokojni, cierpliwi, wyrozumiali i pełni energii. Żebyśmy potrafili odpowiedzieć na każde pytanie, rozwiązać każdy problem i nigdy nie mieli dość.

Ale prawdziwe rodzicielstwo tak nie wygląda.

Są dni piękne, pełne radości, dumy i wzruszeń. Są też takie, które kończą się zmęczeniem, łzami i pytaniem, czy jutro wreszcie będzie trochę spokojniej.

I jedno wcale nie wyklucza drugiego.

Mogę kochać moje dzieci nad życie, a jednocześnie czuć ogromne zmęczenie. Mogę być z nich dumna, a czasami nie wiedzieć, jak poradzić sobie z trudną sytuacją. Mogę dawać z siebie wszystko i nadal potrzebować pomocy.

Nie oznacza to, że jestem gorszą mamą.

Oznacza po prostu, że jestem człowiekiem.

Przez długi czas myślałam, że skoro tak bardzo kocham moje dzieci, powinnam potrafić poradzić sobie ze wszystkim. Dzisiaj coraz mocniej rozumiem, że miłość nie daje nam nadludzkich sił. Nie sprawia, że nigdy się nie zdenerwujemy, nie popełnimy błędu ani nie poczujemy bezsilności.

Miłość daje nam jednak coś innego.

Powód, żeby po trudnym dniu znów spróbować. Żeby wrócić do rozmowy, przytulić, przeprosić, poszukać pomocy i nie rezygnować z budowania wzajemnego zrozumienia.

Tamten czerwiec nauczył mnie, że nawet kiedy wiatr wieje prosto w twarz, nie zawsze muszę iść pod niego sama.

Mogę się zatrzymać. Mogę odpocząć. Mogę poprosić o wsparcie i przyznać, że nie na wszystko mam wpływ.

A później ruszyć dalej.

Dla siebie. Dla Szymona. Dla Miłosza.

Dla naszego małego świata, który nie jest idealny, ale jest nasz. Pełen emocji, wspomnień, zwyczajnych chwil i miłości, której nie da się zamknąć w kilku pięknych zdjęciach.

Bo może właśnie o to chodzi w macierzyństwie? Nie o życie bez trudności, ale o to, żeby nawet po najcięższych dniach potrafić odnaleźć drogę do siebie nawzajem.

I pamiętać, że nie musimy być idealni, żeby kochać całym sercem. ❤️


A jak jest u Was? 🥹

Czy zdarzają Wam się chwile, kiedy mimo ogromnych starań macie poczucie, że wciąż robicie za mało? Jak radzicie sobie z trudnymi emocjami dzieci, własnym zmęczeniem i codziennymi wyzwaniami rodzicielstwa?

A może jesteście nauczycielami lub specjalistami pracującymi z dziećmi, które potrzebują dodatkowego wsparcia? Jak z Waszej perspektywy wygląda budowanie współpracy między rodzicami a szkołą?

Chętnie poznam Wasze doświadczenia i przemyślenia. Wierzę, że szczera rozmowa, bez oceniania i wzajemnych pretensji, może pomóc nam lepiej rozumieć zarówno dzieci, jak i siebie nawzajem.

Dziękuję, że jesteście tutaj ze mną. 💗

Kapryśna Mamuśka

Pamięć nie kończy się na zapaleniu znicza. Dlaczego uczę moje dzieci pamiętać o tych, którzy odeszli?🕯️

 


Są takie dni w roku, które sprawiają, że choć na chwilę zwalniamy. Odkładamy codzienne obowiązki, przestajemy gdzieś pędzić i zaczynamy myśleć o tym, co naprawdę ważne. O rodzinie, wspomnieniach, przemijaniu i ludziach, których nie ma już obok nas.

Dla mnie jednym z takich dni jest 1 listopada.

Nie chodzi tylko o pięknie przystrojone groby, kolorowe chryzantemy czy tysiące migoczących zniczy. Choć nie ukrywam, że wieczorny widok rozświetlonych cmentarzy zawsze robi na mnie ogromne wrażenie.

Chodzi przede wszystkim o pamięć. O tę niewidzialną więź, która pozostaje nawet wtedy, gdy kogoś już z nami nie ma.

A odkąd jestem mamą, coraz częściej zastanawiam się również nad tym, jak przekazać tę pamięć moim dzieciom.

Mamo, a dlaczego zapalamy znicze?

Dzieci patrzą na świat zupełnie inaczej niż my, dorośli.

Dla nich cmentarz może być miejscem pełnym światełek, kwiatów i pomników. Mogą zachwycać się kolorowymi zniczami, zadawać mnóstwo pytań albo zwyczajnie nie rozumieć, dlaczego tego dnia jesteśmy bardziej zamyśleni niż zwykle.

I właśnie dlatego uważam, że tak ważna jest rozmowa.

Nie chcę, żeby moi chłopcy kojarzyli 1 listopada wyłącznie z obowiązkiem odwiedzenia grobów. Nie chcę, żeby w przyszłości zapalali znicze tylko dlatego, że tak wypada albo że taka jest tradycja.

Chciałabym, żeby rozumieli, że za każdym imieniem wyrytym na nagrobku kryje się czyjeś życie. Czyjaś historia. Marzenia, radości, troski i ludzie, którzy kochali i byli kochani.

Że nasi bliscy, choć odeszli, nadal są częścią naszej rodziny i naszej historii.

Nasz 1 listopada — małe gesty, wielkie znaczenie ❤️

W tym roku, podobnie jak wcześniej, wybraliśmy się z Szymonem i Miłoszem odwiedzić groby naszych bliskich. Towarzyszyli nam również babcia Beata, ciocia Ania i wujek Michał.

Odwiedziliśmy dwa rodzinne groby. W jednym spoczywają mój dziadek Feliks, ciocia Iza i wujek Jacek. W drugim mój tata Ryszard, babcia Krystyna oraz wujek Marek. 





Każde z tych miejsc kryje w sobie inną historię. Historię ludzi, którzy byli częścią naszej rodziny, a których dziś możemy wspominać, odwiedzając ich groby i zapalając symboliczne światełko.

Moi chłopcy nie mieli okazji poznać większości osób, których groby odwiedzamy. Wyjątkiem jest wujek Jacek, który zmarł w 2020 roku. Szymon miał wtedy cztery lata, a Miłosz zaledwie dwa. Wujek zdążył ich poznać, choć trudno mi dziś powiedzieć, czy chłopcy zachowali z tamtego czasu jakiekolwiek wspomnienia.

Babcia Krystyna odeszła w 2019 roku. Chociaż chłopcy byli już wtedy na świecie, nigdy nie mieli okazji się z nią spotkać.

A jednak, mimo upływu lat, bardzo chętnie odwiedzają rodzinne groby. Czasami zadają pytania, szczególnie o mojego tatę Ryszarda i dziadka Feliksa.

I właśnie te chwile są dla mnie wyjątkowe.

Bo uświadamiają mi, że pamięć o bliskich nie zawsze zaczyna się od własnych wspomnień. Czasami rodzi się z opowieści innych.

Nie mają wspólnych wspomnień z większością tych osób, nie pamiętają ich głosów ani uśmiechów. Ale dzięki naszym rozmowom mogą dowiedzieć się, kim byli, jakie miejsce zajmowali w naszej rodzinie i dlaczego wciąż o nich pamiętamy.

Czasami zastanawiam się, jak wyglądałyby ich relacje, gdyby los pozwolił im się poznać. Czy mój tata rozpieszczałby swoich wnuków? Czy mój dziadek Feliks opowiadałby im historie ze swojego życia? Czy razem śmialiby się przy rodzinnym stole?

Tego już nigdy się nie dowiemy.

Ale mogę zrobić coś innego. Mogę sprawić, że nie będą dla moich dzieci wyłącznie imionami zapisanymi na nagrobkach.

I to jest dla mnie niezwykle ważne. ❤️

Wieczorny spacer wśród tysięcy światełek 🕯️

Tego samego dnia, wieczorem, wybraliśmy się z chłopcami jeszcze na cmentarz.

Chcieliśmy pospacerować wśród rozświetlonych alejek, zatrzymać się na chwilę i po prostu poczuć tę niezwykłą atmosferę, która towarzyszy temu miejscu 1 listopada.

Tysiące małych płomieni rozświetlały ciemność, tworząc widok, obok którego trudno przejść obojętnie.

Zatrzymaliśmy się również przy grobach nieznanych żołnierzy, aby zapalić znicze i poświęcić chwilę pamięci tym, których osobiście nie znaliśmy.

Bo przecież pamięć i szacunek nie powinny kończyć się wyłącznie na naszej rodzinie.

Są ludzie, których nigdy nie poznaliśmy, których historii nie znamy, a którzy również zasługują na chwilę zadumy.

Chciałabym, aby Szymon i Miłosz dorastali ze świadomością, że szacunek należy się nie tylko naszym bliskim, ale również tym, którzy żyli przed nami i pozostawili po sobie ślad w historii.

Patrząc, jak moi chłopcy klękają przy zniczach, zatrzymują się na chwilę i na swój dziecięcy sposób uczestniczą w tym, co dla mnie tak ważne, poczułam, że właśnie w takich zwyczajnych momentach przekazujemy dzieciom wartości, których nie da się nauczyć wyłącznie z książek. 





Nie potrzeba wielkich przemówień. Czasami wystarczy wspólny spacer, zapalony znicz i kilka prostych słów.

Nie zawsze musimy znać odpowiedź na każde pytanie

Jako rodzice często chcemy wszystko naszym dzieciom dokładnie wytłumaczyć. Znaleźć odpowiednie słowa, rozwiać wątpliwości i sprawić, żeby zrozumiały nawet najtrudniejsze sprawy.

Tylko że śmierć i przemijanie nie są łatwymi tematami. Nawet dla nas, dorosłych.

Nie zawsze wiemy, co powiedzieć. Czasami sami czujemy smutek, tęsknotę albo żal.

I myślę, że nie musimy tego przed dziećmi ukrywać.

Możemy powiedzieć, że za kimś tęsknimy. Że jest nam przykro, bo nie możemy już tej osoby zobaczyć. Że wspominanie jej przynosi nam jednocześnie smutek i uśmiech.

Nie musimy też odpowiadać na wszystkie pytania od razu. Czasem warto pozwolić dzieciom pytać, zastanawiać się i wracać do tematu wtedy, kiedy same poczują taką potrzebę.

Bo przecież wychowanie dzieci nie polega na udawaniu, że życie składa się wyłącznie z pięknych, radosnych chwil.

To również pokazywanie im, że smutek, tęsknota i łzy są naturalną częścią naszego życia.

I że o tych, których kochaliśmy, można mówić nie tylko ze smutkiem, ale również z uśmiechem.

Rodzinne historie, które warto ocalić od zapomnienia ❤️

Czasami myślę sobie, jak wiele historii znika razem z odchodzącymi ludźmi.

Ile wspomnień, rodzinnych anegdot czy zwyczajnych opowieści pozostaje niewypowiedzianych.

A przecież nasze dzieci nie poznają tych historii same.

To od nas zależy, czy będą wiedziały, kim byli ich dziadkowie i pradziadkowie. Jak wyglądało ich życie, co lubili robić, z czego się śmiali i jakie wspomnienia po sobie pozostawili.

Właśnie dlatego cieszę się, że podczas odwiedzania rodzinnych grobów jesteśmy razem z innymi członkami rodziny.

Bo pamięć można przekazywać na wiele sposobów. Przez wspólne rozmowy, opowieści, oglądanie starych zdjęć czy zwykłe wspominanie przy rodzinnym stole.

I wcale nie trzeba czekać na 1 listopada.

Możemy pamiętać przez cały rok.

Kiedyś to oni będą przekazywać tę pamięć dalej…

Nie wiem, ile z naszych dzisiejszych rozmów chłopcy zapamiętają za kilka czy kilkanaście lat.

Może nie będą pamiętać, jakie znicze zapaliliśmy w tym roku. Może zapomną, jak wyglądały kwiaty na grobach albo którędy spacerowaliśmy wieczorem.

Ale mam nadzieję, że zapamiętają coś znacznie ważniejszego.

Że w naszym domu pamiętało się o tych, którzy odeszli.

Że odwiedzanie grobów nie było przykrym obowiązkiem, ale wyrazem miłości, szacunku i wdzięczności.

Że warto czasem zatrzymać się w codziennym biegu, wspomnieć bliskich, zapalić znicz i po prostu pobyć przez chwilę z własnymi myślami.

Bo przyjdzie taki dzień, kiedy to oni będą opowiadać kolejnym pokoleniom nasze rodzinne historie.

Może kiedyś sami przyprowadzą swoje dzieci na te same cmentarne alejki. Może zapalą znicz na grobie dziadka, którego nigdy nie poznali, ale o którym tyle razy słyszeli od swojej mamy.

I może wtedy przypomną sobie nasze wspólne spacery, rozmowy i te wszystkie małe światełka rozświetlające listopadową ciemność.

Bardzo chciałabym, żeby tak właśnie było.

Bo choć nie mamy wpływu na upływający czas, mamy wpływ na to, co przekażemy kolejnym pokoleniom.

Człowiek odchodzi, ale miłość, wspomnienia i wartości, które po sobie pozostawia, mogą trwać przez pokolenia. ❤️🕯️


A Wy? Zabieracie swoje dzieci na cmentarz i rozmawiacie z nimi o bliskich, którzy odeszli? Czy opowiadacie im historie o dziadkach, pradziadkach i innych członkach rodziny, których nie mieli okazji poznać?

A może macie swoje rodzinne tradycje związane z 1 listopada?

Chętnie przeczytam Wasze historie i przemyślenia. ❤️

Kapryśna Mamuśka ❤️


Kocham moje dzieci nad życie, ale czasami po prostu nie mam już siły… 💔

Są takie dni, kiedy wieczorem kładę się do łóżka i zastanawiam się, dlaczego znowu tak wyszło. Dlaczego kolejny poranek, który miał być spokojny, zakończył się nerwami. Dlaczego zamiast cierpliwie tłumaczyć, podniosłam głos. I dlaczego, mimo że tak bardzo się staram, czasami mam wrażenie, że wciąż robię za mało.

Kocham moje dzieci. Całym sercem. Nie wyobrażam sobie życia bez nich. Ale coraz częściej łapię się na tym, że jestem po prostu zmęczona. Nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.

Mój dzień często zaczyna się naprawdę pięknie. Są buziaki, przytulanie, miłe słowa. Przygotowuję śniadanie, robię chłopcom śniadaniówki, staram się zadbać o wszystko, żeby mogli dobrze rozpocząć dzień. Chciałabym, żebyśmy wychodzili z domu w dobrych nastrojach. Bez pośpiechu, bez krzyków, bez niepotrzebnych nerwów.

Ale później zaczyna się codzienność.

„Idź się umyć”.
„Ubierz się, proszę”.
„Spakuj swoje rzeczy”.
„Nie mamy już tyle czasu”.
„Odłóż telefon, bo zaraz musimy wychodzić”.

Powtarzam. Proszę. Przypominam. Tłumaczę. Czasami po raz piąty, dziesiąty, a może i dwudziesty. W głowie mam już godzinę, pracę, obowiązki i wszystko to, co jeszcze muszę zrobić. Wiem, że nie możemy spóźnić się do szkoły, a ja sama muszę zdążyć do pracy.

I wtedy wystarczy drobiazg. Coś pójdzie nie tak, coś się nie spodoba, coś zdenerwuje moje dziecko. Pojawia się złość, płacz, protest, czasami krzyk. A ja, zamiast mieć w sobie nieskończone pokłady cierpliwości, również zaczynam się denerwować.

Podnoszę głos. Popędzam. Mówię rzeczy, których wcale nie chciałam mówić w taki sposób.

I w jednej chwili cały ten piękny początek dnia znika.

Najbardziej boli mnie to, że przecież ja naprawdę chcę dobrze. Nie budzę się rano z myślą, że będę na swoje dzieci krzyczeć. Nie planuję, że zabraknie mi cierpliwości. Chciałabym być mamą, która potrafi spokojnie reagować, która ma czas wysłuchać, przytulić i pomóc dziecku poradzić sobie z emocjami.

Tylko że ja też jestem człowiekiem.

Mam pracę, obowiązki, terminy, sprawy, które nie mogą poczekać. Mam w głowie tysiące myśli. Czasami jeszcze zanim przekroczę próg domu po pracy, zastanawiam się, jak minie nam reszta dnia. Czy będzie spokojnie? Czy coś wyprowadzi chłopców z równowagi? Czy uda nam się odrobić lekcje bez nerwów? Czy wieczorem będziemy mieli jeszcze siłę na zwyczajną rozmowę, zabawę i przytulenie?

A przecież chciałabym po prostu wrócić do domu i odetchnąć.

Chciałabym nie analizować każdego kolejnego kroku. Nie przewidywać, co może pójść nie tak. Nie czuć, że przez cały dzień muszę być gotowa na kolejne wyzwanie.

Wiem też, że moje dzieci nie robią wszystkiego po to, żeby mi dokuczyć. Wiem, że ich emocje bywają dla nich trudne, że czasami coś je przerasta, denerwuje albo przytłacza. Szczególnie kiedy codzienność wymaga od nich tak wiele, a one jeszcze uczą się rozumieć siebie i to, co czują.

Szymon ma swoje trudności, swoje potrzeby i momenty, w których zwykłe czynności potrafią stać się dla nas obojga ogromnym wyzwaniem. Coraz częściej widzę też, że Miłosz, choć jest inny i inaczej reaguje, również ma swoje emocje, swoje granice i swoje trudniejsze chwile.

I czasami czuję się tak, jakbym próbowała jednocześnie pomóc im wszystkim, zadbać o ich potrzeby, dopilnować codziennych obowiązków i jeszcze nie zgubić po drodze samej siebie.

Czy zawsze mi się udaje? Nie.

Czy czasami mam ochotę zamknąć się na chwilę w pokoju i po prostu pobyć sama, bez pytań, próśb i kolejnego „mamo”? Tak. I nie chcę udawać, że jest inaczej.

Bo można kochać swoje dzieci ponad wszystko i jednocześnie być zmęczoną codziennością z nimi. Można tęsknić za spokojem. Można marzyć o chwili ciszy. Można czuć złość, frustrację i bezradność, a później mieć wyrzuty sumienia, że w ogóle pozwoliło się sobie tak poczuć.

To nie znaczy, że kocha się mniej.

To znaczy, że czasami jest po prostu za dużo.

Za dużo obowiązków. Za dużo napięcia. Za dużo spraw, które trzeba załatwić na już. Za dużo emocji, które wszyscy próbujemy jakoś pomieścić, choć nie zawsze wiemy jak.

I wiecie, czego chyba najbardziej potrzebuję?

Nie kolejnej rady, żebym była bardziej cierpliwa. Nie kolejnego przypomnienia, że dzieci są dziećmi, a ja jestem dorosła. Ja naprawdę to wiem. Wiem, że to ja powinnam pomagać im regulować emocje, a nie dokładać do nich własne nerwy. Wiem, że krzyk nie rozwiązuje problemów i że po trudnym poranku warto wrócić do rozmowy, przytulić się i spróbować jeszcze raz.

Ale chciałabym też, żeby ktoś czasami zapytał, jak ja się z tym wszystkim czuję.

Żeby ktoś zauważył, że za mamą, która przypomina, pogania i pilnuje, jest również kobieta. Kobieta, która pracuje, martwi się, planuje, załatwia, pamięta o wszystkim i próbuje być dla swoich dzieci bezpieczną przystanią, nawet wtedy, kiedy sama czuje, że ledwo utrzymuje się na powierzchni.

Nie piszę tego po to, żeby usprawiedliwiać swoje krzyki. Chciałabym umieć reagować spokojniej. Chciałabym dawać chłopcom więcej cierpliwości, a sobie mniej powodów do wyrzutów sumienia. Chcę się tego uczyć, małymi krokami, każdego dnia.

Ale nie chcę już udawać, że macierzyństwo zawsze jest piękne, cierpliwe i pełne wzruszających chwil.

Bo czasami jest chaotyczne. Głośne. Męczące. Czasami płaczesz z bezsilności, kiedy dzieci już śpią. Czasami przepraszasz za podniesiony głos i obiecujesz sobie, że jutro będzie inaczej. A następnego dnia znowu próbujesz, choć nie zawsze wszystko wychodzi tak, jak sobie wymarzyłaś.

I może właśnie od tego trzeba zacząć. Nie od bycia idealną mamą, ale od zauważenia, że również my, mamy, potrzebujemy wsparcia. Że nie musimy wszystkiego dźwigać same. Że możemy kochać nasze dzieci najmocniej na świecie i jednocześnie przyznać, że czasami jest nam trudno.

Nie chcę, żeby moi chłopcy zapamiętali wyłącznie moje nerwy i pośpiech. Chcę, żeby wiedzieli, że nawet kiedy popełniamy błędy, możemy o nich rozmawiać. Możemy przepraszać. Możemy naprawiać to, co się nie udało. I możemy spróbować jeszcze raz.

Bo ja też się uczę. Uczę się być mamą dwóch różnych chłopców, z których każdy potrzebuje czegoś innego. Uczę się rozpoznawać ich emocje, ale też własne granice. Uczę się, że nie wszystko musi być zrobione natychmiast i że czasami warto odpuścić, zanim wszyscy stracimy cierpliwość.

Nie wiem, czy jutro będzie idealnie. Pewnie nie. Być może znowu będę przypominać o myciu, ubieraniu i pakowaniu plecaków. Być może znowu zabraknie nam czasu. Ale chciałabym pamiętać, że za każdym trudnym zachowaniem jest dziecko, które czegoś potrzebuje. I że za każdą mamą, której puszczają nerwy, może stać człowiek, który od dawna potrzebuje chwili wytchnienia.

Kocham moje dzieci nad życie. Ale ja też jestem tylko człowiekiem. I czasami naprawdę potrzebuję, żeby ktoś o tym pamiętał. ❤️

A jeśli Ty również masz czasami takie dni, chcę Ci powiedzieć jedno: nie jesteś jedyną mamą, która tak się czuje. Nie musisz udawać, że zawsze dajesz radę. Możesz szukać pomocy, odpoczywać, stawiać granice i uczyć się reagować inaczej. Nie musisz być idealna, żeby być dla swojego dziecka ważną i kochającą mamą.

A Ty? Zdarza Ci się wieczorem obiecywać sobie, że jutro będziesz miała więcej cierpliwości? Czy też czasami czujesz, że kochasz najmocniej na świecie, ale zwyczajnie brakuje Ci już sił? ❤️

Jeśli masz ochotę, napisz. Bez oceniania. Bez udawania. Po prostu szczerze.

Za tymi uśmiechami kryje się nasze prawdziwe życie. Pełne miłości, przytulania i pięknych chwil, ale też zmęczenia, trudnych emocji i codziennych wyzwań. Bo macierzyństwo nie zawsze jest idealne, ale miłość pozostaje niezmienna. ❤️




708. urodziny Lublina – dzień pełen atrakcji, uśmiechów i rodzinnych wspomnień ❤️



Są takie dni, które choć dawno minęły, nadal wywołują uśmiech na twarzy. Przeglądając ostatnio moje zapisane teksty i wspomnienia, natrafiłam na wpis, który przygotowałam jeszcze w ubiegłym roku, ale z jakiegoś powodu nigdy nie doczekał się publikacji. A przecież był to naprawdę fajny dzień, pełen dziecięcej radości, nowych doświadczeń i wspólnie spędzonych chwil. 🥰

Postanowiłam więc trochę odkurzyć te wspomnienia i zabrać Was ze sobą do sierpnia 2025 roku, kiedy nasz ukochany Lublin świętował swoje 708. urodziny! 🎂🎉

Nie każdy wie, że Lublin otrzymał prawa miejskie już w 1317 roku, za czasów Władysława Łokietka. Przez te wszystkie stulecia nasze miasto było świadkiem wielu niezwykłych wydarzeń, a jednym z najważniejszych było zawarcie Unii Lubelskiej w 1569 roku.

Ale historia historią, a dla moich chłopaków najważniejsze były oczywiście atrakcje! 😁

Na Błoniach pod Zamkiem przygotowano piknik edukacyjny, na którym naprawdę było co robić. I powiem Wam, że uwielbiam takie wydarzenia! Dzieciaki mogą się wyszaleć, dowiedzieć czegoś nowego, a przy okazji nawet nie zauważają, że właśnie się uczą.

Szymon i Miłosz z ogromnym zainteresowaniem zaglądali przez mikroskopy, oglądając różne żyjątka, między innymi pająki i ćmy. Mogli też zobaczyć w powiększeniu rzeczy, na które na co dzień zupełnie nie zwracamy uwagi, takie jak skóra czy kukurydza. Niby zwyczajne rzeczy, a oglądane z bliska potrafią naprawdę zaskoczyć! 🔬





Nie zabrakło również łamigłówek, zagadek i konkurencji sprawnościowych. Chłopcy oczywiście chętnie podejmowali kolejne wyzwania, bo przecież jak tu przejść obojętnie obok czegoś, co można sprawdzić, dotknąć albo samemu wypróbować?









A wiecie, co jeszcze robiliśmy?

Doiliśmy krowę! 🐄😂

Spokojnie, prawdziwa krowa nie musiała znosić naszych eksperymentów, bo była sztuczna. Ale zabawa była przednia! I właśnie za takie atrakcje lubię rodzinne wydarzenia. Czasami coś zupełnie prostego potrafi sprawić dzieciom więcej frajdy niż najdroższa zabawka.



Oczywiście nie mogło zabraknąć również sportowych emocji! ⚽💛

Na stoisku Motoru Lublin chłopcy mieli okazję sprawdzić swoje piłkarskie umiejętności, biorąc udział w różnych konkursach z piłką. A do tego udało im się zrobić pamiątkowe zdjęcie z jednym z zawodników!

Dla Miłosza, który piłkę nożną uwielbia całym sercem, była to ogromna frajda. Szymon również był bardzo zadowolony. A ja? Ja po prostu uwielbiam patrzeć na te ich szczęśliwe buźki. Bo wiecie, czasami wystarczy jedno zdjęcie, jedno spotkanie czy kilka minut zabawy, żeby powstało wspomnienie, do którego wraca się jeszcze długo. ❤️



Pogoda tego dnia również postanowiła dać nam popalić. ☀️🥵 Żar dosłownie lał się z nieba, a my, mimo ogromnych chęci, nie mogliśmy zostać do samego końca.

Mieliśmy jeszcze jedną ważną misję do wykonania — trzeba było zawieźć moją mamę na lotnisko, ponieważ wybierała się na wakacje. ✈️



Plan był ambitny! Po odwiezieniu mamy mieliśmy wrócić do domu, chwilę odpocząć, a później ponownie wybrać się pod Zamek, tym razem na wieczorny koncert.

No właśnie... plan był. 😂

Bo jak to często bywa przy dzieciach, życie bardzo szybko go zweryfikowało.

Po powrocie do domu chłopcy padli ze zmęczenia niemal od razu. A ja? Cóż, długo nie trzeba było mnie namawiać. Zasnęłam razem z nimi!

I tak zamiast koncertu mieliśmy rodzinne spanie. 😁❤️

Później widziałam w Internecie nagrania i zdjęcia z koncertu. Tłumy ludzi, świetna atmosfera, znani artyści i mnóstwo pozytywnej energii. Przez chwilę nawet zrobiło mi się szkoda, że nas tam zabrakło.

Ale wiecie co?

Kiedy pomyślę o tym dniu, wcale nie żałuję.

Bo przecież spędziliśmy razem kilka naprawdę fajnych godzin. Chłopcy mogli zobaczyć i spróbować czegoś nowego, pośmiać się, pobawić, poczuć sportowe emocje i po prostu nacieszyć się tym dniem.

A ja po raz kolejny przekonałam się, że nie zawsze trzeba zrealizować wszystkie plany, żeby dzień był udany.

Czasami najpiękniejsze wspomnienia powstają właśnie wtedy, kiedy odpuszczamy to, czego nie udało się zrobić, i doceniamy to, co już przeżyliśmy. ❤️

A skoro już jesteśmy przy Lublinie, zostawię Wam jeszcze kilka ciekawostek o naszym mieście!

🏰 Lublin nazywany jest Bramą Wschodu, ponieważ od wieków stanowił ważne miejsce spotkania różnych kultur i tradycji.

📜 W 1569 roku zawarto tutaj Unię Lubelską, która połączyła Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie w Rzeczpospolitą Obojga Narodów.

👹 Z Lublinem związana jest słynna legenda o Czarciej Łapie. Według niej diabeł pozostawił odcisk swojej dłoni na stole znajdującym się dziś w lubelskim Zamku.

🌇 Z Wieży Trynitarskiej można podziwiać przepiękną panoramę Starego Miasta i okolic. To jeden z tych widoków, które naprawdę warto zobaczyć!

Lublin ma w sobie coś wyjątkowego. Z jednej strony historię, piękne zabytki i miejsca, które pamiętają minione stulecia, a z drugiej mnóstwo wydarzeń, dzięki którym możemy wspólnie tworzyć własne wspomnienia.

I właśnie za to lubię nasze miasto. ❤️

Choć ten wpis doczekał się publikacji z dużym opóźnieniem, cieszę się, że jednak do Was trafia. Bo wspomnienia przecież nie mają daty ważności. A ja chcę zachowywać tutaj nie tylko wielkie wydarzenia, ale również te zwyczajne, rodzinne chwile, które z czasem stają się dla nas bezcenne.

A Wy? Lubicie uczestniczyć w takich miejskich wydarzeniach z dziećmi? A może byliście z nami na 708. urodzinach Lublina? 🥰

Chętnie poczytam o Waszych wspomnieniach! ❤️




A żeby nie było, że tylko oglądaliśmy, rozwiązywaliśmy zagadki i braliśmy udział w konkursach… znalazł się również czas na wspólne tańce! 💃🕺😂 Bo kto powiedział, że na miejskim pikniku nie można sobie trochę potańczyć?

Jak widzicie, chłopcy dali się porwać muzyce, a ja oczywiście razem z nimi! 😁❤️ I właśnie takie spontaniczne momenty uwielbiam najbardziej. Bez wielkiego planowania, bez pośpiechu, po prostu my, muzyka i nasza wspólna radość.

Bo czasami to właśnie te niepozorne, pełne śmiechu chwile stają się najpiękniejszymi wspomnieniami. ❤️

Czasami znikamy, choć wcale nie chcemy. O mojej nieobecności, zmęczeniu i powrocie do siebie ❤️



Długo mnie tutaj nie było. I chociaż chciałabym napisać, że po prostu zabrakło mi czasu na blogowanie, prawda jest trochę bardziej skomplikowana.

Wszystko zaczęło się od zmiany pracy. Nowe obowiązki, nowe wyzwania, coraz mniej czasu dla siebie i poczucie, że doba jest zdecydowanie za krótka. Praca zaczęła pochłaniać ogromną część mojego życia, a ja próbowałam jakoś to wszystko poukładać. Być dobrą pracownicą, mamą, ogarniać dom, gotować, sprzątać, pamiętać o tysiącu spraw i jeszcze znaleźć w tym wszystkim miejsce dla samej siebie.

Bo przecież trzeba. Trzeba wstać, zrobić śniadanie, przygotować chłopców do szkoły, iść do pracy, wrócić, zająć się domem, dopilnować obowiązków i znaleźć czas dla dzieci. A najlepiej jeszcze zrobić to wszystko z uśmiechem na twarzy.

Tylko że w pewnym momencie coś zaczęło się we mnie zmieniać.

Coraz częściej byłam rozdrażniona. Denerwowały mnie rzeczy, które wcześniej nie miały aż takiego znaczenia. Czułam, że mam coraz mniej cierpliwości, coraz mniej przestrzeni w głowie i coraz mniej siły na to, żeby po prostu być sobą.

A przecież się starałam.

Starałam się pracować, spędzać z chłopcami aktywnie czas, organizować nam wspólne chwile i cieszyć się życiem. Były przecież wakacje, były wyjazdy, były momenty, które powinny dawać radość i pozwalać naładować baterie. Patrząc z boku, można było pomyśleć, że wszystko jest w porządku.

Ale ja wiedziałam, że coś jest nie tak.

Nie potrafię powiedzieć, kiedy dokładnie przekroczyłam tę niewidzialną granicę, za którą codzienne zmęczenie zaczyna przypominać coś znacznie poważniejszego. Wiem tylko, że coraz częściej czułam się przytłoczona, a zwykłe obowiązki, które kiedyś wykonywałam niemal automatycznie, zaczęły kosztować mnie znacznie więcej energii.

Czasami zastanawiam się, czy to, co działo się ze mną w ostatnich miesiącach, było po prostu ogromnym przeciążeniem, skutkiem długotrwałego stresu, czy może czymś więcej. Nie potrafię dziś jednoznacznie tego nazwać. Wiem tylko, że przestałam czuć się sobą.

Nie przestałam być mamą. Nie przestałam pracować. Nie zrezygnowałam z życia. Nadal robiłam to, co każdego dnia trzeba było zrobić. Tylko że coraz częściej brakowało mi cierpliwości, drobne sprawy wyprowadzały mnie z równowagi, a rzeczy, które kiedyś przychodziły mi naturalnie, zaczęły kosztować mnie znacznie więcej energii.

Z zewnątrz wszystko mogło wyglądać zupełnie normalnie. Ale ja czułam, że coś się zmieniło.

I chyba właśnie to jest najtrudniejsze — kiedy sama nie do końca rozumiesz, co się z Tobą dzieje, a jednocześnie próbujesz funkcjonować tak, jakby nic się nie zmieniło.

Dlatego nie chcę dziś stawiać sobie żadnej diagnozy. Chcę jedynie powiedzieć głośno, że trudności psychiczne nie zawsze wyglądają tak, jak sobie je wyobrażamy. Czasami kryją się za zmęczeniem, rozdrażnieniem, poczuciem przytłoczenia i codziennym „muszę dać radę”. A kiedy taki stan nie mija, warto się zatrzymać i poszukać pomocy, zamiast bez końca wymagać od siebie jeszcze więcej.

Przez długi czas chciałam być dobra we wszystkim. W pracy, w macierzyństwie, w prowadzeniu domu. Chciałam, żeby było posprzątane, ugotowane, zorganizowane. Żeby chłopcy mieli zapewniony czas ze mną, żeby niczego im nie brakowało, a ja sama żebym jeszcze znalazła siłę na własne pasje i marzenia.

Dziś coraz częściej pozwalam sobie na to, żeby nie wszystko było idealne. I uczę się, że nie muszę zasługiwać na odpoczynek, wykonując wcześniej wszystkie obowiązki.

Bo ta lista nigdy się nie kończy. Zawsze znajdzie się coś do posprzątania, ugotowania, załatwienia czy dopilnowania. A ja też jestem człowiekiem. Nie tylko mamą, pracownicą i osobą odpowiedzialną za to, żeby wszystko działało.

Nie każdego dnia muszę przygotować wyjątkowy obiad. Nie zawsze musi być idealnie posprzątane. Nie muszę udowadniać sobie ani innym, że potrafię udźwignąć wszystko.

I wiecie co? To wcale nie oznacza, że przestało mi zależeć.

Po prostu zaczynam rozumieć, że ja również mam swoje granice.

Nie chcę jednak pisać, że wszystko już za mną, bo nie wiem, czy tak jest. Nadal zdarzają się dni, kiedy czuję, że mam za dużo na głowie. Nadal próbuję zrozumieć siebie i to, co się ze mną działo. Wiem tylko, że trochę odpuściłam. Przestałam przejmować się niektórymi rzeczami tak bardzo jak wcześniej i nie próbuję już za wszelką cenę być najlepsza w każdej dziedzinie życia.

Może to dopiero początek drogi do odzyskania równowagi. A może dopiero uczę się słuchać samej siebie. Wiem, że jeśli ten stan będzie się utrzymywał, nie chcę go bagatelizować i będę szukała odpowiedniej pomocy.

A blog? Blog przez cały ten czas gdzieś tam był. W moich myślach, w planach, w pomysłach na kolejne teksty. Tęskniłam za pisaniem, za możliwością dzielenia się z Wami swoimi przemyśleniami i za tym miejscem, które przecież powstało z potrzeby serca.

Kiedy w końcu powiedziałam sobie: „Dobra, Dorota, czas wrócić. Znajdź chwilę dla siebie i zacznij znowu pisać”, okazało się, że czeka mnie kolejna niespodzianka.

Nie miałam już dostępu do swojego konta Gmail, z którym powiązany był blog. Google usunęło mój adres e-mail, a ja nie mogłam go odzyskać. Nagle okazało się, że nie mogę zalogować się do miejsca, które tworzyłam, w które wkładałam swoje serce, czas i mnóstwo emocji.

Możecie sobie wyobrazić moją frustrację. Kiedy wreszcie znalazłam przestrzeń, żeby wrócić do pisania, nie mogłam nawet wejść na własnego bloga.

Trochę przewrotnie wyszło na to, że kiedy wreszcie znalazłam w sobie chęć i przestrzeń, żeby wrócić do czegoś, co sprawiało mi radość, straciłam do tego dostęp.

Szukałam rozwiązania, sprawdzałam różne możliwości i próbowałam znaleźć sposób na odzyskanie dostępu. Z czasem zaczęło mi brakować pomysłów, a ja miałam wrażenie, że wszystko sprzysięgło się przeciwko temu powrotowi.

Wtedy przypomniałam sobie, że kiedyś przy zmianach na blogu pomagała mi Karolina, która miała również dostęp administratora. Odezwałam się do niej z pytaniem, czy nadal może wejść na bloga i pomóc mi odzyskać do niego dostęp.

I właśnie ta dodatkowa możliwość dostępu okazała się niezwykle ważna.

Piszę o tym, bo sama przekonałam się, jak łatwo można stracić dostęp do czegoś, co tworzyło się przez lata. Dlatego, jeśli prowadzicie bloga, stronę internetową albo inne miejsce w sieci, zadbajcie o swoje zabezpieczenia. Włączcie weryfikację dwuetapową, aktualizujcie dane do odzyskiwania konta i sprawdźcie, czy macie dostęp do aktualnego numeru telefonu lub zapasowego adresu e-mail. Jeśli platforma na to pozwala, warto też przemyśleć bezpieczny sposób zapewnienia dostępu zaufanej osobie.

Lepiej poświęcić chwilę na zabezpieczenie swojego konta, niż później szukać ratunku, kiedy wydaje się, że wszystkie drzwi zostały zamknięte.

Ta sytuacja nauczyła mnie, że czasami nawet powrót do czegoś, co kochamy, wymaga cierpliwości. Ale też przypomniała mi, że warto próbować jeszcze raz.

Dlatego jestem.

Może nie wracam z głową pełną gotowych planów. Może nie będę publikować tak często, jak kiedyś. Może nie wszystkie moje teksty będą idealnie dopracowane, a niektóre będą powstawały późnym wieczorem, kiedy chłopcy już zasną, a ja wreszcie znajdę chwilę ciszy.

Ale chcę wrócić do pisania. Do dzielenia się codziennością, macierzyństwem, emocjami i tym wszystkim, o czym czasami trudno mówić głośno.

Chcę też powiedzieć coś każdej mamie i każdemu tacie, którzy czytają ten tekst.

Nie musicie czekać, aż zupełnie zabraknie Wam sił, żeby przyznać, że jest Wam trudno. Nie musicie mieć idealnie posprzątanego domu, przygotowanego obiadu i uśmiechu na twarzy, żeby być dobrymi rodzicami. Nie musicie też udowadniać nikomu, że dajecie sobie radę.

Czasami człowiek funkcjonuje na zewnątrz zupełnie normalnie, a w środku toczy walkę, o której nie wie nikt z jego otoczenia. Rozdrażnienie, przeciążenie, utrata radości czy poczucie, że nie jesteśmy już sobą, mogą mieć różne przyczyny. Nie zawsze łatwo samemu rozpoznać, co się z nami dzieje. Dlatego warto dać sobie prawo do odpoczynku, rozmowy i szukania pomocy, kiedy czujemy, że coś jest nie tak.

Nie piszę tego jako specjalistka. Piszę jako kobieta, mama i człowiek, który próbuje zrozumieć siebie i nauczyć się żyć trochę inaczej niż dotychczas.

Nie wiem jeszcze, jak będzie wyglądała moja dalsza droga. Wiem natomiast, że nie chcę już udawać przed samą sobą, że zawsze wszystko jest dobrze.

Bo czasami największą odwagą nie jest zrobienie kolejnej rzeczy z listy obowiązków.

Czasami największą odwagą jest zatrzymać się i powiedzieć: „Jest mi trudno. Potrzebuję chwili dla siebie”.

A dziś robię kolejny mały krok. Wracam tutaj. Do miejsca, które jest częścią mnie.

Dziękuję, jeśli nadal tu jesteście. ❤️

A Wy? Czy zdarzyło Wam się kiedyś tak bardzo skupić na codziennych obowiązkach, że zabrakło Wam czasu i siły dla samych siebie? Czy potraficie odpuścić, kiedy czujecie, że macie już za dużo na głowie?


Jeśli macie ochotę, podzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzach. ❤️ Może dzięki temu przypomnimy sobie nawzajem, że nie musimy być idealni, żeby być dobrymi rodzicami i po prostu dobrymi dla samych siebie ludźmi.


Pierwszy gwizdek, pierwsze emocje - nasz rodzinny debiut na meczu Motoru Lublin!

       Nie każda sobota zostaje w pamięci na długo. Ale ta… oj, ta zdecydowanie tak! Nasza trójka (a może już mini drużyna?) przeżyła pierwszy wspólny mecz na żywo i to od razu z przytupem – inauguracja sezonu Motor Lublin kontra Arka Gdynia. 

       Zaczęło się jeszcze przed gwizdkiem – odwiedziliśmy Motorowe Miasteczko, które już samo w sobie było atrakcją. Dmuchane zamki, zabawy dla dzieci, konkursy, muzyka, a do tego coś na ząb — idealne wprowadzenie do sportowych emocji. Dzieciaki były zachwycone, a ja… patrzyłam na ich radość z ogromnym wzruszeniem.





       Ale to, co działo się na stadionie, przeszło nasze oczekiwania. Efekty świetlne, dymy, oprawa — czuło się, że to coś więcej niż zwykły mecz. I ten moment, kiedy piłka wpadła do siatki… Okrzyki, radość, przybicie piątek z Miłoszem, który dopingował z całych sił. Szymon też przeżywał po swojemu, chłonąc atmosferę i ciesząc się, że jesteśmy razem. 



       To był ich pierwszy mecz w życiu – i od razu zwycięstwo. 1:0 dla Motoru! Piękne rozpoczęcie sezonu i równie piękne wspomnienie, które — jestem pewna — zostanie z nami na długo. 

      Już szykujemy się na kolejny mecz 3 sierpnia. Może to będzie nasza nowa, rodzinna tradycja? Bo przecież wspólne kibicowanie, emocje i radość to coś, co łączy – nie tylko kibiców, ale i rodziny.

💛💙 Motor, dziękujemy za emocje. Do zobaczenia niedługo!