Dwa różne światy, jedna mama - czyli nasze wakacyjne przygody.

      Minął już tydzień od powrotu Miłosza z jego pierwszego, prawdziwego piłkarskiego obozu. Charsznica 2025 – tydzień, który zapamięta na długo. Dla mnie jako mamy to było wyzwanie – po raz pierwszy oddać syna pod opiekę innych na kilka dni, zaufać, że da sobie radę. I dał! 💪

     Obóz był intensywny – dwa treningi dziennie, ograniczony kontakt z telefonami, ogrom emocji i… jeszcze więcej śmiechu. Wycieczka do Krakowa, turniej FIFA, Piana Party, zwiedzanie zamków i parków linowych – wszystko to połączone z piłką nożną i współpracą w drużynie.

     A wśród wszystkich tych atrakcji wydarzyło się coś wyjątkowego – Miłosz zdobył nagrodę za Złoty Strzał! ⚽🥇 Jego zaangażowanie, celność i determinacja zostały docenione. Dla niego – radość, dla mnie – wzruszenie nie do opisania. 

     W tym samym czasie Szymon uczestniczył w półkoloniach w Lublinie. Inny rytm, inne emocje – ale równie cenne. Każdy dzień to była nowa przygoda, czasem wyzwanie. Szymek uczy się odnajdywać w grupie, przełamywać bariery i pokonywać swoje trudności. I choć czasem coś nie poszło po jego myśli – to widzę, ile mu dał ten tydzień. Ile odwagi i dumy z samego siebie przyniósł.

     Dla mnie – mamy dwóch chłopców o tak różnych potrzebach – to były dni pełne obserwacji, tęsknoty, ale też satysfakcji. Patrzę na nich i wiem, że każde takie doświadczenie buduje ich mały wielki świat. A ja mam zaszczyt być jego częścią.

     Z radością i wzruszeniem zapisuję ten rozdział naszych wakacji. Jeden z wielu – ale jeden z tych, które zostają z nami na dłużej. 🌟

     A jak wyglądają wakacyjne przygody Waszych dzieci? 🌞 Czy również zauważacie, jak różne zainteresowania i potrzeby mogą mieć rodzeństwa? Chętnie poznam Wasze doświadczenia! ❤️




Majówka w lipcu? Czemu nie! 😀

     Ten wpis miał się pojawić dużo wcześniej, ale życie jak to życie – potrafi zaskoczyć i zabrać każdą wolną chwilę. Dziś wracam do tych pięknych, rodzinnych momentów z początku maja i dzielę się z Wami naszymi wspomnieniami. Bo niektóre chwile, choć minęły, nadal mają swoją magię. 💚

     Majówka – czas, kiedy ładujemy baterie i zbieramy siły na to, co przed nami. Spędzamy go z dziećmi, robimy coś dla siebie, spełniamy drobne zachcianki, okazujemy sobie miłość – i choć uważam, że to powinno dziać się codziennie, to w tym okresie robimy to jakoś bardziej… na przykład organizując wypasioną kolację 😍.

     To czas, kiedy możemy złapać oddech, na chwilę oderwać się od codziennego chaosu – tej gonitwy, obowiązków, pracy, szkoły, zadań. Dla mnie tegoroczna majówka była bez większych planów – spokojna, rodzinna i właśnie taka, jakiej potrzebowałam.

1 maja – nasza ulubiona kawiarnia, lody i plac zabaw 🍦

     Majówkę rozpoczęliśmy w naszej ulubionej kawiarni – w ogródku, z placem zabaw i trampolinami. Chłopcy szaleli, a ja mogłam wypić spokojnie kawę. Nie obyło się też bez naszej tradycji – każdy wybrał swój ulubiony smak lodów (nie wiem, jak to się dzieje, że nigdy nie trafiamy na te same!).


2 maja – praca zdalna i popołudniowe wojaże 🚗

     Tego dnia pracowałam zdalnie, a chłopcy spędzili ten dzień z moją siostrą Anią. W każdej trudnej chwili mogę na niej polegać, ona zawsze chętnie mi pomaga!

3 maja – Kraina Zabawy i piknik nad zalewem 🎈🌞

     Wybraliśmy się z mamą i chłopcami na „Dmuchańce i Przytulańce” w Lublinie – była piękna pogoda i mnóstwo ludzi. Potem poszliśmy na plac zabaw, a na koniec zrobiliśmy sobie mały piknik na drugiej stronie zalewu. Chłopcy biegali i wspinali się z innymi dziećmi, a my z mamą odpoczywałyśmy na kocu. W drodze powrotnej – oczywiście lody! A na koniec dnia złapał nas deszcz, ale i tak było super.







4 maja – Dworek Jabłonna i czas rodzinny 🥰

    Ostatni dzień majówki spędziliśmy w Dworku Jabłonna. To idealne miejsce na relaks – dzieci miały do dyspozycji ogromny plac zabaw i dmuchańce, a my z mamą mogłyśmy wypić pyszną kawę i zjeść bezowy deser. 💕 


Na koniec wieczór w domu – kolacja, wspólny film i chwila odpoczynku tylko dla mnie, kiedy chłopcy poszli spać.

To była najlepsza majówka!

Pełna śmiechu, rodzinnych momentów, zabawy, spacerów, lodów i pikników. Nic spektakularnego, a jednak idealnie. Bo przecież właśnie o takie chwile chodzi – proste, ale z sercem.

Uwielbiam te wspólne dni – kiedy jesteśmy razem, bez pośpiechu, po prostu tu i teraz 💛

A jak Wy spędzacie majówkę? 🌸 Wolicie aktywne wycieczki i rodzinne atrakcje czy spokojny odpoczynek bez większych planów? Chętnie poznam Wasze sposoby na wspólne chwile! ❤️

📣 Nowe wakacyjne rozdziały u nas rozpoczęte! 🌞🎒

      Wczoraj nadszedł długo wyczekiwany dzień – Miłoszek wyruszył na swój pierwszy obóz! Już od kilku dni odliczał do wyjazdu, a w niedzielny poranek nie mógł się doczekać. Wstał z ekscytacją, pełen energii i gotowy na nowe przygody. Spakowany, uśmiechnięty – był gotowy podbić świat (a przynajmniej nowy teren półkolonii 😉).

      Kiedy dotarliśmy na miejsce zbiórki, w naszej małej trzyosobowej rodzince pojawiły się już trochę inne emocje. Czekając z innymi dziećmi i rodzicami na autokar, Miłoszek zrobił się trochę cichszy. Widać było, że emocje mieszają się w nim jak w kalejdoskopie – ekscytacja, niepewność, lekki stres. To przecież pierwszy raz, gdy rusza sam na taką przygodę. Ale zebrał się w sobie – wsiadł do autokaru i pojechał. I wiecie co? Ten pierwszy dzień minął mu naprawdę świetnie! 





      Był trening piłki nożnej, zabawy na basenie, dużo śmiechu i radości z nowego miejsca, które – jak się okazało – zrobiło na nim ogromne wrażenie. Gdy później zadzwoniłam do niego i opowiadał, słychać było w jego głosie czystą radość i dumę z siebie. 

      A my? Z Szymkiem postanowiliśmy nie siedzieć w domu i skorzystać z pięknej pogody. Pojechaliśmy do Parku Avia w Świdniku – dzień był słoneczny i gorący, więc baseny były strzałem w dziesiątkę! Towarzyszyła nam mama, a później dołączył mój znajomy Jarek ze swoimi dziećmi – Nelą i Leonem. Było gwarno, wesoło i naprawdę letnio. Taki dzień, który zostaje w pamięci jako „dobry dzień”. 





Nadszedł poniedziałek i… przyszła kolej na Szymka!

      Rano wyruszył na swój pierwszy dzień półkolonii letnich organizowanych przez SwimFun w Lublinie. Czekał na ten moment, choć jak zawsze u niego – towarzyszyło temu całe spektrum emocji. 

     Jego dzień był pełen radości, pozytywnych wrażeń i nowych przyjaźni. Mimo chwilowych wahań i niepewności, czy będzie naprawdę super – wszystko się udało, a teraz z niecierpliwością czeka na kolejny dzień wakacyjnych półkolonii :) 

Dzień zakończyliśmy wyjściem na gofry – najlepsze w Lublinie, oczywiście „u Ireny”! 🧇 




Pierwsze dni wakacyjnych przygód za nami. A ja znów uczę się odpuszczać, ufać i patrzeć z dumą, jak chłopcy powoli uczą się samodzielności. To wszystko takie proste, a zarazem takie ważne 💛


Witamy lipiec! ☀️🌊

     Wakacje rozpoczęte! Za nami pierwsze dni lipca – pełne słońca, ciepła i oddechu od szkolnych obowiązków. Przyszedł czas na lato, beztroskę i małe codzienne przygody. Czekają nas obozy, półkolonie, wycieczki, baseny i dużo lodów… czyli to, co dzieciaki lubią najbardziej! 

     Miłosz już odlicza dni do swojego piłkarskiego obozu – emocje rosną z każdą godziną. Szymon z kolei rozpoczyna półkolonie, które zapowiadają się naprawdę ciekawie – głównie wodne atrakcje, więc będzie sporo pluskania i śmiechu. 

     Początek lipca był gorący nie tylko z powodu emocji – pogoda naprawdę nas rozgrzała! W środę 2 lipca słupek rtęci pokazywał 28 stopni, więc po pracy zapakowałam chłopaków do auta i pojechaliśmy nad Zalew w Chodlu. Było cudownie – chłopcy mogli popływać, poskakać do wody i po prostu się wyszaleć. 




      Ale czwartek 3 lipca to już prawdziwy piekarnik – w Lublinie termometry dochodziły miejscami do 40 stopni! Ja oczywiście do 16 w pracy, a chłopcy z bratem w tym dusznym, gorącym mieście. Po południu zabrałam ich do Świdnika na baseny – obiecałam, więc słowa dotrzymałam. Trzy godziny zabawy w wodzie, ślizgawki, chlapanie, śmiech. Ja na kocyku, w cieniu, z książką i słońcem na plecach. Było tłoczno, ale to zrozumiałe – każdy szukał choć chwili ulgi od tego nieznośnego upału. 




Tak zaczynamy nasze lato – powoli, rodzinnie, spontanicznie. Przed nami jeszcze wiele pięknych chwil i mam nadzieję, że uda się uchwycić je tu, na blogu – żeby za jakiś czas wrócić do tych letnich wspomnień z uśmiechem.

A jak Wy rozpoczęliście wakacje? ☀️🌊 Macie swoje ulubione miejsca na letni wypoczynek z dziećmi? Chętnie poznam Wasze pomysły i inspiracje! ❤️

Bo kto, jeśli nie ja? O macierzyństwie, które nie zawsze jest łatwe…

Nie będzie to bajka o perfekcyjnej mamie. Nie będzie tu lukru ani pozowanych zdjęć. Będzie za to prawda – o życiu, które każdego dnia potrafi wystawić nas na próbę. O łzach, zmęczeniu, bezsilności i chwilach, kiedy naprawdę nie wiadomo, co dalej. Ale też o miłości. Tej ogromnej, bezwarunkowej, która sprawia, że nawet po najtrudniejszym dniu próbujemy od nowa.

Ten tekst powstał z potrzeby serca. Może odnajdziesz w nim cząstkę siebie, a jeśli tak – mam nadzieję, że poczujesz, że nie jesteś sama. ❤️

Życie to nie bajka…


Życie nie zawsze kończy się pięknym morałem i nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli. Czasami bardziej przypomina ciężki kawał chleba – suchy, twardy i trudny do przełknięcia. A mimo to każdego dnia bierzemy kolejny kęs, bo są obowiązki, dzieci, które na nas czekają, i sprawy, których nie można odłożyć na później. Gdzieś pośród tego całego chaosu wciąż mamy jednak swoje marzenia, plany i nadzieję, że nadejdą spokojniejsze dni.

Ostatnie tygodnie były dla mnie prawdziwą emocjonalną karuzelą. Święta Wielkanocne, które powinny kojarzyć się ze spokojem, odpoczynkiem i rodzinną bliskością, zamieniły się w jedną wielką gonitwę. Jak zwykle chciałam ze wszystkim zdążyć. Posprzątać mieszkanie, przygotować święta, zadbać o chłopców, dopilnować codziennych obowiązków, a przy tym jeszcze wymyślałam sobie kolejne rzeczy do zrobienia. Bo przecież zawsze można coś poprawić, doczyścić, przestawić albo przygotować lepiej.

I tak, zamiast zwolnić, znów próbowałam zrobić wszystko naraz. Do tego stopnia, że podczas świątecznych porządków spadłam z drabiny i doznałam urazu żeber. Ból skutecznie przypominał mi później o tym, że nie jestem niezniszczalna. Zwykłe czynności, jazda samochodem czy schylanie się nagle stały się prawdziwym wyzwaniem, ale przecież obowiązki nie zniknęły. Dzieci nadal potrzebowały mojej uwagi, praca nie mogła czekać, a codzienność toczyła się dalej, jak gdyby nic się nie wydarzyło.

W całym tym zamieszaniu pojawiły się jeszcze drobne, ale stresujące sytuacje. Takie, które w normalny dzień pewnie nie zrobiłyby na mnie większego wrażenia, ale kiedy człowiek jest już na granicy wytrzymałości, potrafią przelać czarę goryczy. I pomyśleć, że to miały być spokojne święta… Święta minęły, a zmęczenie i problemy, jak to często bywa, zostały.

A przecież były też piękne chwile… 🌷


Nie chcę jednak, żeby ten tekst był wyłącznie opowieścią o trudnościach, bo pomiędzy całym tym pośpiechem wydarzyło się również wiele dobrego. Były wspólne chwile na świeżym powietrzu, malowanie pisanek, jazda na rowerach, lody, spacery i zabawa w śmigus-dyngus. Były wieczory spędzone razem, oglądanie filmów, rozmowy i śmiech. Takie zwyczajne momenty, które nie wymagają wielkich przygotowań ani pieniędzy, a potrafią pozostawić po sobie najpiękniejsze wspomnienia.

Właśnie wtedy, choćby przez krótką chwilę, czułam, jakby świat zwalniał. Jakby nie było żadnych problemów do rozwiązania, telefonów do odebrania ani obowiązków czekających na swoją kolej. Byłam po prostu mamą, która spędza czas ze swoimi dziećmi. I wiecie co? To były najpiękniejsze chwile tamtych dni. Szkoda tylko, że czasami tak trudno zatrzymać je na dłużej.

Kiedy emocje zaczynają nas przerastać…


Codzienność z dziećmi to nie tylko wspólne zabawy, przytulanie i radosne poranki. Są również dni pełne napięcia, frustracji i emocji, których nie zawsze potrafimy zrozumieć ani odpowiednio wyrazić. W naszym domu także zdarzają się takie momenty. Czasami jedno z dzieci przeżywa coś bardzo intensywnie, a drugie w tym samym czasie potrzebuje spokoju, uwagi i poczucia bezpieczeństwa. A ja stoję pomiędzy nimi, próbując zrozumieć, co się dzieje, pomóc jednemu odzyskać równowagę, a drugiemu pokazać, że jego potrzeby są równie ważne.

Pamiętam szczególnie jeden taki dzień. Pracowałam zdalnie, próbując jednocześnie zadbać o dom i dzieci. W każdej chwili mógł zadzwonić telefon służbowy, a atmosfera w mieszkaniu była daleka od spokojnej. Emocje narastały, a ja próbowałam rozmawiać, tłumaczyć i uspokajać sytuację. Jednocześnie czułam, jak sama zaczynam tracić cierpliwość. W pewnym momencie miałam wrażenie, że nie jestem w stanie sprostać wszystkim obowiązkom naraz.

Bo jak jednocześnie być cierpliwą mamą, uważnym słuchaczem, pracownikiem i osobą, która powinna nad wszystkim panować? Jak zachować spokój, kiedy człowiek sam jest już wyczerpany?

Nie zawsze mi się to udaje. Czasami podnoszę głos, choć wcale tego nie chcę. Czasami dopiero po wszystkim przychodzi refleksja, że mogłam zareagować inaczej. Może zamiast tłumaczyć, powinnam najpierw dać wszystkim chwilę na uspokojenie? Może nie każda trudna emocja wymaga natychmiastowej rozmowy? Może czasami wystarczy po prostu być obok i poczekać, aż największe napięcie minie?

Dziś coraz lepiej rozumiem, że nie muszę mieć gotowej odpowiedzi na każdą sytuację. Ale wtedy byłam po prostu zmęczona, przytłoczona i bezradna. Chciałam dobrze, a jednocześnie miałam wrażenie, że cokolwiek zrobię, i tak nie będzie wystarczające.

Uczę się razem z moimi dziećmi ❤️

Od dawna interesuję się emocjami dzieci. Staram się je lepiej rozumieć, szukać sposobów na wspieranie chłopców i tworzyć materiały, które pomagają najmłodszym nazywać to, co czują. Między innymi dlatego powstają moje karty pracy dotyczące emocji. Ale wiecie, czego nauczyło mnie macierzyństwo? Że wiedzieć coś w teorii, a zastosować to w trudnej sytuacji, to dwie zupełnie różne rzeczy.

Mogę czytać, uczyć się, rozmawiać ze specjalistami i poznawać nowe sposoby wspierania dzieci, a mimo to mogą przyjść chwile, kiedy sama nie będę wiedziała, jak zareagować. Bo emocje nie działają według gotowego schematu. Każde dziecko jest inne, każdy dzień przynosi coś nowego, a my, rodzice, również uczymy się każdego dnia. Uczymy się cierpliwości, uważności, rozumienia potrzeb swoich dzieci, ale też wybaczania sobie własnych błędów.

Coraz mocniej przekonuję się, że nie chodzi o to, żeby nigdy się nie zdenerwować. Chodzi o to, żeby umieć wrócić do rozmowy, przyznać się do błędu, przeprosić i spróbować następnym razem inaczej. Nie chcę, żeby chłopcy zapamiętali mnie jako mamę, która zawsze miała rację. Chciałabym, żeby pamiętali, że nawet wtedy, gdy czegoś nie potrafiłam, starałam się ich zrozumieć i szukałam lepszych rozwiązań.

Bo miłość nie oznacza braku trudnych emocji. Oznacza, że nawet w trudnych chwilach nie przestajemy szukać do siebie drogi.

A gdzie w tym wszystkim jestem ja?

Czasami mam wrażenie, że moje życie składa się z jednej wielkiej listy obowiązków. Praca, szkoła, zajęcia chłopców, zakupy, gotowanie, sprzątanie, dokumenty, rachunki, terminy i wszystkie te sprawy, które trzeba załatwić najlepiej na wczoraj. Do tego dochodzą niespodziewane wydatki, problemy, których nie da się przewidzieć, i codzienne sytuacje, które potrafią wyprowadzić z równowagi nawet najbardziej cierpliwą osobę.

A ja gdzieś pomiędzy tym wszystkim próbuję znaleźć chwilę dla siebie. Czasami nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio usiadłam spokojnie, bez poczucia, że powinnam właśnie robić coś innego. Kiedy wypiłam kawę, zanim zdążyła wystygnąć. Kiedy po prostu odpoczywałam, nie analizując w głowie kolejnych spraw do załatwienia.

Zdarzają się dni, kiedy stres daje o sobie znać nie tylko w myślach, ale również w całym ciele. Napięcie, zmęczenie, ból i trudności z odpoczynkiem, nawet wtedy, kiedy w końcu pojawia się taka możliwość. Bywają wieczory, kiedy marzę o tym, żeby napisać coś na blogu. Otwieram komputer, zaczynam kilka zdań, kasuję je, próbuję ponownie, a później zamykam wszystko, bo zwyczajnie nie mam już siły.

Nie dlatego, że nie chcę pisać. Nie dlatego, że zabrakło mi pomysłów, ale dlatego, że czasami życie wymaga ode mnie więcej, niż jestem w stanie dać. I coraz częściej przypominam sobie, że mam prawo tak się czuć. Nie jestem słaba dlatego, że jestem zmęczona. Jestem człowiekiem.

Nie muszę być perfekcyjna

Przez długi czas wydawało mi się, że powinnam ze wszystkim sobie radzić. Że jeśli jestem mamą, muszę być silna. Że powinnam umieć pogodzić pracę, wychowanie dzieci, prowadzenie domu i wszystkie inne obowiązki. Że nie mam prawa narzekać, bo przecież sama wybrałam taką drogę.

Ale czy naprawdę o to chodzi? Czy bycie dobrą mamą oznacza, że nigdy nie możemy być zmęczone? Że nie wolno nam płakać ani popełniać błędów?

Dzisiaj wiem, że to niemożliwe. Macierzyństwo jest piękne, ale bywa również bardzo trudne. Można kochać swoje dzieci całym sercem, a jednocześnie marzyć o godzinie ciszy. Można cieszyć się wspólnymi chwilami, a później poczuć frustrację, kiedy wszystko zaczyna się komplikować. Można dawać z siebie naprawdę wiele i nadal mieć poczucie, że robi się za mało.

Właśnie dlatego tak ważne jest, żebyśmy przestały wymagać od siebie niemożliwego. Nie musimy być idealne. Nie musimy mieć zawsze czystego mieszkania, przygotowanego obiadu i uśmiechu na twarzy. Nie musimy udowadniać światu, że ze wszystkim radzimy sobie same. Mamy prawo prosić o pomoc, odpocząć i czasami po prostu nie mieć siły. I to nie odbiera nam prawa do nazywania siebie dobrymi mamami.

Bo kto, jeśli nie ja?

To pytanie bardzo często pojawia się w mojej głowie. Kto, jeśli nie ja? Kto zadba o moje dzieci? Kto będzie przy nich, kiedy przeżywają trudniejsze chwile? Kto będzie cieszył się z ich sukcesów, pocieszał po porażkach i przypominał, że są kochane?

Jestem ich mamą. Znam ich uśmiechy, marzenia, zainteresowania i drobne przyzwyczajenia. Wiem, jak bardzo potrafią mnie rozśmieszyć, wzruszyć, zaskoczyć, ale też wystawić moją cierpliwość na próbę. Kocham ich nad życie i każdego dnia chcę być dla nich kimś, przy kim mogą czuć się bezpiecznie.

Ale coraz częściej rozumiem jeszcze jedną rzecz. To, że jestem ich mamą, nie oznacza, że muszę sama dźwigać cały świat. Mogę potrzebować wsparcia, mogę czasami powiedzieć, że jest mi ciężko, mogę popełnić błąd, przeprosić i spróbować go naprawić. Nie muszę być bohaterką, która nigdy się nie potyka. Chcę być mamą, która kocha, słucha, rozumie i uczy się razem ze swoimi dziećmi.

Mamą, która nie zawsze zna odpowiedzi, ale nie przestaje ich szukać. Mamą, która pokazuje swoim synom, że nawet kiedy życie staje się trudne, można znaleźć drogę do spokoju, porozumienia i bliskości. I że proszenie o pomoc nie jest oznaką słabości.

Małe cuda w codziennym chaosie

Są takie chwile, dla których warto zatrzymać się choćby na moment. Kiedy jeden z chłopców przychodzi się przytulić, a drugi opowiada z przejęciem o czymś, co wydarzyło się w jego świecie. Kiedy słyszę zwyczajne „kocham Cię, mamo”. Kiedy po trudnym dniu udaje nam się razem usiąść, porozmawiać albo po prostu pośmiać. To właśnie te momenty przypominają mi, co jest naprawdę ważne.

Nie perfekcyjnie wysprzątane mieszkanie, nie odhaczone wszystkie zadania i nie udawanie przed światem, że zawsze jest pięknie. Tylko my. Nasza codzienność i nasze wspólne chwile, zarówno te dobre, jak i trudne.

Bo życie nie zawsze wygląda jak bajka. Czasem jest chaotyczne, głośne, pełne zmęczenia i niespodziewanych problemów. Ale jest również pełne miłości. I choć nie zawsze potrafię ją okazać w idealny sposób, chcę, żeby moje dzieci wiedziały, że jest obecna każdego dnia.

Nie muszę być mamą idealną. Chcę być mamą obecną. Taką, która czasami się potyka, ale potrafi wstać. Która uczy się na własnych błędach. Która kocha nie tylko wtedy, kiedy wszystko układa się dobrze, ale również wtedy, kiedy przychodzą trudniejsze dni.

I która powoli zaczyna rozumieć, że troska o siebie jest również częścią troski o rodzinę. Bo jeśli sama będę zupełnie wyczerpana, trudniej będzie mi dawać dzieciom spokój, cierpliwość i uwagę, których tak bardzo potrzebują.

Dlatego chcę nauczyć się odpoczywać. Nie wtedy, kiedy zrobię już wszystko, ale również wtedy, kiedy po prostu tego potrzebuję.

Bo kto, jeśli nie ja?

Ja. Ich mama.

Ale nie mama, która musi zrobić wszystko sama. Tylko mama, która każdego dnia stara się kochać, rozumieć i być blisko. I która w tym wszystkim nie chce już zapominać o sobie. ❤️


A jak jest u Was? 🥹

Czy również zdarzają Wam się dni, kiedy macie wrażenie, że obowiązków jest więcej niż sił? Czy potraficie znaleźć chwilę dla siebie bez poczucia winy? A może także uczycie się, że nie trzeba być idealnym rodzicem, żeby być dobrym i kochającym?

Chętnie przeczytam Wasze doświadczenia i przemyślenia. Nie po to, żeby porównywać, kto ma trudniej, ale po to, żebyśmy mogli lepiej się rozumieć, wspierać i przypominać sobie nawzajem, że rodzicielstwo nie jest konkursem na perfekcyjność.

Dziękuję, że jesteście tutaj ze mną. 💗

Kapryśna Mamuśka


Aktualizacja – listopad 2026 r.

Wróciłam do tego wpisu, aby nieco go uporządkować i lepiej wyrazić to, co chciałam przekazać. Jego przesłanie pozostaje jednak niezmienne – macierzyństwo nie zawsze jest łatwe, ale nie musimy być idealne, by kochać całym sercem. ❤️

Wielkanocne chwile i kilka ciepłych słów ......

       W tym roku Wielkanoc przyszła do nas trochę niespodziewanie szybko, ale dzięki dzieciom udało się poczuć ten wyjątkowy klimat – wspólne malowanie pisanek, trochę bałaganu, dużo śmiechu i oczywiście święconka.

      To wszystko daje mi poczucie, że mimo codziennego chaosu, są momenty, które naprawdę mają znaczenie.

      Z wielkanocnych tradycji, które pielęgnujemy, mogę spokojnie wpisać udział w corocznym polowaniu na czekoladowe jajeczka organizowanym w Świdniku – już od czterech lat to nasz stały punkt w kalendarzu!

      Malujemy pisanki, a w tym roku chłopaki dostali też wielkanocne ozdoby do malowania farbami – mieli przy tym mnóstwo frajdy (i ja też, mimo że część farby wylądowała nie tam, gdzie powinna).

      Każdy z nich przygotowuje swój własny koszyczek do święcenia – robimy to już trzeci rok z rzędu i to jedna z moich ulubionych rodzinnych tradycji.

       I choć zazwyczaj przed świętami rzucam się w wir sprzątania, w tym roku postanowiłam trochę odpuścić – po prostu brakło mi sił wieczorami. I wiesz co? Świat się nie zawalił.

       Dzisiejsze święcenie koszyczków było wyjątkowe – byliśmy razem z moją koleżanką Sylwią i jej dziećmi. Po wszystkim poszliśmy na lody – Sylwia nas zaprosiła i to był naprawdę miły gest, który sprawił, że ten dzień stał się jeszcze bardziej ciepły i rodzinny.

       A że pogoda dopisała, to i spacer, i trochę rowerowej aktywności zaliczone. Takie proste rzeczy cieszą najbardziej.

Z tej okazji mam też kilka ciepłych słów dla Was…

Życzę Wam wszystkiego, co dobre:

Spokoju, którego tak często brakuje w codziennym zabieganiu,

chwil radości, które zapadają w pamięć,

serdecznych rozmów przy stole i ciepła płynącego z obecności bliskich osób.

Niech to będzie czas prawdziwego oddechu – z kubkiem kawy, uśmiechem dziecka i promieniami słońca na twarzy.

Smacznego jajka, mokrego (ale nie za bardzo!) Lanego Poniedziałku i mnóstwa małych cudów tej wiosny.












A jak u Was wyglądają przygotowania? 
Macie swoje wielkanocne rytuały, bez których nie wyobrażacie sobie świąt?


Ściskam Was świątecznie,

Kapryśna Mamuśka 💗

Dlaczego wsparcie lokalnego sportu ma znaczenie?

       Sport to coś więcej niż tylko aktywność fizyczna. To nauka dyscypliny, współpracy, wytrwałości i radzenia sobie z porażkami. Ale żeby dzieci mogły rozwijać swoje umiejętności i pasję, potrzebne są odpowiednie warunki do treningu.

      Mój młodszy syn, Miłosz, trenuje w KS Północ Lublin, a Szymon od czasu do czasu również bierze udział w zajęciach. Klub to nie tylko miejsce treningów, ale przede wszystkim fantastyczna społeczność – pełna zaangażowanych trenerów, dzieci i rodziców, którzy wspólnie dbają o rozwój młodych piłkarzy.





      I muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona z tego, jak klub funkcjonuje. Trenerzy nie tylko prowadzą świetne zajęcia, ale też organizują wyjścia, wspierają dzieci na każdym kroku i dbają o ich rozwój sportowy. W ostatnim czasie zorganizowali m.in.:

✔ Półkolonie piłkarskie w ferie zimowe – oferta była naprawdę bogata, pełna atrakcyjnych wyjść i treningów.

✔ Wyjazdy na mecze reprezentacji Polski – dzieci miały okazję zobaczyć na żywo mecze Polska–Litwa oraz Polska–Malta! Nie wszystkim udało się zdobyć bilety, ale najważniejsze, że wiele dzieci mogło przeżyć to niesamowite doświadczenie.

✔ Udział w licznych turniejach – to dla młodych piłkarzy świetna okazja, by sprawdzić się w starciu z innymi drużynami i zdobywać nowe doświadczenia.

Potrzebujemy Waszego wsparcia!

      Niestety, wraz z nadejściem jesieni pojawia się duży problem – brak oświetlenia na boiskach. Gdy dni stają się krótsze, treningi są coraz trudniejsze. Chłodne miesiące nie powinny oznaczać końca piłkarskiej przygody!

      Dlatego KS Północ organizuje zbiórkę na zakup oświetlenia na dwa boiska. Dzięki temu dzieci będą mogły trenować w bezpiecznych i komfortowych warunkach przez cały rok.

Jak możecie pomóc?

✔ Dorzucając choćby symboliczną wpłatę – każda złotówka ma znaczenie!

✔ Udostępniając zbiórkę – im więcej osób się o niej dowie, tym większa szansa na sukces.

🔗 Link do zrzutki:  https://zrzutka.pl/98hpt2


Dziękuję każdemu, kto pomoże! 
Wierzę, że wspólnie możemy stworzyć jeszcze lepsze warunki dla naszych małych piłkarzy. ❤️